Zacznijmy od TOS "The Turnabout Intruder" & STC "Embracing the Winds", proponuję rozpatrywać te epizody łącznie, bo wspólnie budują ciekawszy obraz. Otóż według Mignogny w UFP zasadniczo nie ma dyskryminacji ze względu na płeć (ledwo co McKennah opowiadała o tym z entuzjazmem Lolani), ale... aby nie urazić konserwatyzmu Tellarytów oświecona ludzkość zdecydowała się nie mianować kobiet kapitanami jednostek klasy Constitution (sztandarowej klasy GF). Niby nic, raptem kilkanaście kapitańskich foteli zarezerwowane dla mężczyzn (może nawet nie zarezerwowane, nie tyle jakaś zmowa milczenia to była, ile pojedyncze ustępstwa składające się na pewien trend), a wystarczyło by wpędzić Janice Lester w obłęd, a komandor Garrett "tylko" we frustrację.

Albo DS9 "Melora"... Tam nawet nikt nikogo nie krzywdzi, nie pozbawia szans, tam - po prostu - przypuszczalnie traktowano dotychczas chorąży Pazlar z nadmiarem zagłaskującej życzliwości. Wystarczyło, by uczynić ją zgryźliwą, zamkniętą w sobie i skłonną podejmować nadmierne ryzyko, by dowieść swej wartości...

A uprzedzenia antyklingońskie? Niby uzasadnione gwałtownym temperamentem samych Klingonów i czynami wielu z nich. Niby sam Kirk im ulegał (miał pewne powody, stracił syna). Ale... czy o mało nie złamały B'Elanny Torres? Przecież gdyby nie trafiła na Voyagera w takich, a nie innych, okolicznościach, pewnie żyłaby krótkim i gwałtownym życiem ściganego wyrzutka... (A przecież niby do Akademii GF ja przyjęli, niby instytucjonalnie nikt jej nie gnębił... No i nad swoim temperamentem faktycznie mogłaby lepiej panować...)

(Przy czym jednak nic z tego o czym mowa nie zmienia faktu, że rzeczywistość UFP to, na tle tej za oknem, raj prawdziwy. Także jeśli chodzi o sprawę dyskryminacji, która występuje w Federacji w ilościach śladowych jednak.)