Zmęczony zalewem
popu zrobilem sobie niedawno małe rekolekcje filmowe.
Zacząłem od
"THX 1138", nie powiem, trzepnął mną ten film. Owszem, widać, że jest to takie jeszcze studenckie: młodzieńczo bezkompromisowe, w tzw. System walące jak bęben, na swój sposób stronnicze (trochę za bardzo sobie Lucas - hippis wówczas młody - ułatwia skupiając się na minusach pokazanego świata i jego patologiach, a ma on przecież i sporo zalet, spokojniejszy jest, bardziej przewidywalny, w mniej dramatów obfituje, ba nawet policja tam jak pałuje, to nie z sadyzmu, a z chłodnej - popartej pewno zwałami psychologicznych analiz - kalkulacji, zbyt prosto wroga bić gdy mu się doklei gębę demona; Lem lepiej do rzeczy się zabrał w "Powrocie z gwiazd", a i on sam przyznał, że poległ, Clarke w "Mieście i gwiazdach" też szedł gdzieś w te rejony spokojniejszym krokiem ;)), pamflet raczej niż chłodna analiza.
W/w Lem pewno by na "THX'e..." suchej nitki nie zostawił choćby za tła społecznego zbytnią szkicowość i nacisk na akcję ucieczkową położony, tym niemniej broni się ów film, chwalebnym minimalizmem (rzecz jakże warta przypominania w dobie
blockbusterów), przemyślaną estetyką, emocjonalnym ascetyzmem, wręcz jałowością (b. pasuje do świata przedstawionego), szarpiącą muzyką, budzącym szacunek bohaterem (to jest
gość!

) i artystycznym przetworzeniem rozważań Fromma o wolności i ucieczce od niej. (Finał zresztą poniekąd broni reżysera przed zarzutem pójścia na skróty, widać tam jasno, w pięknej metaforycznej scenie, gdy protagonista w pełnym słońcu staje, że wybór wolności, to zawsze wybór niebezpiecznej drogi w nieznane, że w wyborze owym jest zawsze coś irracjonalno-heroicznego.)
Aż dziw, że nakręcił to facet, który tak łatwo przerzucił się potem na komercję i
epickie bitki na świetlówki, widać
od miłości do nienawiści...
(A'propos komercji: ideologia komsumpcji i posłuchu z "They live!" Carpentera zrzynka z debiutu Lucasa jest, chałtura pt. "Equilibrium" też z "THX'a" czerpie ponad miarę.)
Przez dwa dni nie mogłem wyrzucić z głowy tego filmu.
Potem
"Primer". Są tacy, co analizują ów film pod kątem jego fabularnych powikłań:

(łopatologiczna "Incepcja" na tym tle to pryszcz) lub też rysują sobie schematy:

filmowych w czasie podróży, mniemam jednak, że
scholastyka tego typu tyle ma zasadniczo sensu co liczenie na ile linii rozdzielił się czas życia Worfa w "Parallels" czy Tichego w "Podóży siódmej", bo nie to jest istotne dla fabularnego sedna. Istotna jest - podana w sposób b. poprawny wizualno-narracyjnie historia paru (względnych) młodzieńców z - prawdopodobnie - Krzemowej Doliny, którzy przypadkiem dokonali przełomowego wynalazku (historia jego powstania ukazana b. wiarygodnie; kawał prawdziwej dobrej
hard SF) i niezbyt wiedzieli w sumie co z nim zrobić: zaczęli od - dość oczywistych - pomysłów na szybkie wzbogacenie się, szybko przeskoczyli na etap pomagania sobie
temporalistyką w załatwianiu prywatnych porachunków, a na koniec rozeszły się ich drogi, jeden postanowił nie dopuścić by do odkrycia
chronomocji doszło,
zakrywcą zostać, drugi - przeciwnie - wyjechał (do Francji,
na oko) miliony tłuc i większy wehikuł czasu klecić (co niemile mi zapachniało - sympatycznym skądinad - "Iron Manem"). (
Sequel w takich warunkach jest niewskazany, bo to by się musiało komiksem skończyć i
wielgą obu panów naparzanką.) Pytanie, co prawda, czy przedstawienie umasowienia technologii tego typu jest wykonalne -
vide lemowska "Powtórka"...
Film uczciwie (bez taryf ulgowych czy poprawek na konwencję znaczy) średni (co dziś znaczy już: zauważalny), znów z przewagą - tym razem łamigłowkowo-kryminalnej - akcji nad filozofią, pobudzający do paru refleksji (np. jak to z Jobsami, Gatesami, Zuckerbergami było); zwłaszcza jednak tej nad horyzontami intelektualnymi bohaterów, którzy choć umieli genialnego wynalazku dokonać, poza tym grzęzną w banał (nie wiem czy to celowe czy i reżyser sam siebie nie przeskoczy? tak, czy siak ładne oskarżenie pewnej miałkości intelektualnej naszych czasów z tego wyszło, które się z "THX'em" zazębia).
Trzymał mnie znacznie krócej, ale i jego obejrzenia nie żałuję.
(Aha: w obu w/w, jak w "Seksmisji" zresztą, idealista okazał się na koniec większym
twardzielem od cwaniaka.)
Teraz biorę się za "The Fountain" i "Memento". A
na mieście plakaty "Avengers" wszędzie...

ps. to tak z dedykacją dla
Picarda, jeśłi nas jeszcze czyta, by zauważył, że Nolan to jeszcze nie wierzchołek kina SF, to dopiero górna półka
blockbusterów 