Bohdan Petecki, swego czasu najpopularniejszy (najpoczytniejszy) i najwyżej ceniony rodzimy pisarz SF po Lemie, potem - cokolwiek za sprawą Parowskiego z Oramusem - zepchnięty w cień przez Zajdla, dziś odkrywany na nowo (i czasem nawet nad Zajdla wynoszony):
http://www.sedenko.pl/2014/07/15/o-pewnym-ciekawym -spotkaniu/https://forum.fahrenheit.net.pl/viewtopic.php?p=32 2118#p322118https://forum.fahrenheit.net.pl/viewtopic.php?p=36 3545#p363545Jego - składającą się z samych powieści i tylko jednego opowiadania - twórczość da się podzielić na trzy wyraźne, acz nachodzące na siebie czasowo, etapy:
dorosły (debiutanckie "W połowie drogi", "Strefy zerowe", "Ludzie z Gwiazdy Feriego", "Tylko cisza", "Operacja wieczność", ">>Rubin<< przerywa milczenie", "Messier 13", "Kogga z czarnego słońca", zamieszczone w "Problemach" "ABC... dwadzieścia cztery " - czyli opowiadaniowy rodzynek

),
młodzieżowy ("Sola z nieba północnego", "X-1 uwolnij gwiazdy", "Prosto w gwiazdy, "Królowa Kosmosu", "Wiatr od Słońca", "Bal na Pięciu Księżycach", "Tysiąc i jeden światów", "Tu Alauda z planety trzeciej") i późno-mętniacki ("Pierwszy Ziemianin", "Taki, co przyszedł z góry").
Siłą rzeczy proponuję skupić na tym pierwszym. Najpierw małe zastrzeżenie: miał rację M.O., że przeczytawszy jedną powieść B.P. z tego nurtu oceni się ją wyżej, niż jeśli przeczyta się je wszystkie, bo większość
na jedno kopyto jest pisana - wyprawa ratunkowa wysyłana po wcześniejszej, iście
starwarsowy napęd nadświetlny gryzący się z pozorującym* astronautyczny realizm sztafażem i gburowaci twardziele (wspólczesnym z SB się kojarzący) w roli bohaterów. Przy czym jednak, gdy wejrzeć pod ten schemat zauważy się utwory dość odmienne problemowo, i interesujące, acz wyglądające +/- tak, jak by mogła wyglądać twórczość Mistrza Lema gdyby na poziomie "Edenu" się zatrzymał.
* O ile poruszane Problemy są tam b. serio, o tyle techologia zawsze umowna, choć jest to nieźle maskowane.
Krótko o poszczególnych tytułach:
- "W połowie drogi" - wizja pionierskiej wyprawy na Marsa, dziś wyraźnie postarzała; jeśli czytać, to tylko jako ciekawostkę,
- "Strefy zerowe" - najbardziej pamiętane; poniekąd anty-"Fiasko" (nie zdziwię się jeśli wyjdzie, że Patron znał i z pomocą "F." się odnosił), czyli
kowbojska opowieść o tym, że może i do Kontaktu zmusić nie można, ale szacunek
siłom czasem wypada wymusić (z ciekawym wtrętem godnym clavellowskiego "Króla szczurów"),
- "Ludzie z Gwiazdy Feriego" - można rzec rozszerzenie problemu z solaryjską Harey: co jeśli Obcy namachają takich Harey dziesiątki, setki, i to nie na podstawie wspomnień, a z oryginału? jak traktować takie byty?*
- "Tylko cisza" - chyba najlepsza literacko, choć koncepcyjnie nieprzekonująca - ludzkość poszła
do lodówki, by dać biosferze czas na regenerację, a samotny strażnik czuwa, czuwa...
- "Operacja wieczność" - niby serio, a idzie w kierunku lemowskich grotesek; o poszukiwaniu nieśmiertelności, kopiowaniu ciała i umysłu, problemie tożsamości,
- ">>Rubin<< przerywa milczenie" - o kolonizowaniu (nawet intrygująco opisanej - jej atmosfera działa jak lustro) obcej planety, porusza ciekawe zagadnienia - czy lepiej dostosowywać otoczenie do człowieka, czy człowieka do otoczenia (a więc geninżynierię tam mamy), warstwa socjo-psychologiczna też niezła (pierwsza fala osadników to niespokojne duchy, pionierzy, druga - fantaści, eskapiści; pytanie, co może ich łączyć ze sobą... i z Ziemią, z której wszyscy uciekli?),
- "Messier 13" - dość naiwna wizja pozaziemskiej archeologii, jeszcze naiwniejsza - cyborgizacji,
heros wyjątkowo antypatyczno-esbekowaty, ale broni się wizją Kontaktu w końcówce,
- "Kogga z czarnego słońca" - zdecydowane
opus magnum; rozpisywałem się już na ten temat, cytowałem, więc teraz powiem krótko, iż rzecz analizuje w sposób pionierski dylematy społeczeństwa informacyjnego (i to na dwu przykładach - Obcych, którzy weszli w ślepy zaułek, i stojącej na rozdrożu
luckości 
),
- "ABC... dwadzieścia cztery" - jedyny
króciak; o wszechświatach alternatywnych, w stylu nie-komicznych wspomnień Tichego cokolwiek.
Z nurtu
dziecięcego wyróżniłbym "Bal na Pięciu Księżycach", za wplecione w zasadniczą fabułę, a trurlostwo-klapaucjuszostwem podszyte, rozważania o istocie szczęścia, i o tym czy zawsze dobrze jest być szczęśliwym, choć pomnę, że i "Królowa Kosmosu" b. dobrym czytadłem była.
* Nad program mamy tam - b. nieoczywiste w ówczesnej SF - dostrzeżenie pewnych, dziś wiemy, że bezdyskusyjnych (choć do twórców "ST i SW to nie dociera

) przewag maszyn nad człowiekiem.
Nie wiem czy wszystko to lepsze od dzieł głośniejszego Zajdla (nie żeby - wbrew tytułowi - zależało mi na ustawianiu ich w opozycji, oddajmy obu co cesarskie

, bo Bóg wśród pisarzy SF jest tylko jeden iStanisław mkku na imię

), ale jakby - statystycznie - bardziej ponadczasowe... w każdym... jeśli Asimov z Heinleinem i Van Vogtem cieszą się opinią mistrzów SF, to i Petecki powinien, może nawet bardziej...