Wspominałem (niedawno po raz kolejny) o tym ile razy J. Michael Straczynski o mało nie został następcą Roddenberry'ego (bo sądzę, że będąc tak silną twórczą indywidualnością by się nim stał, nawet gdyby został zatrudniony na niższym stanowisku niż
executive producer & showrunner, acz wątpię czy niższe by przyjął). Tylko zastanawiam się teraz czy to byłby to dobry wybór dla Treka...
Nie zrozumcie mnie źle, JMS jest niewątpliwie najwybitniejszym żyjącym twórcą serialowej
kosmicznej SF. B. go cenię, i chętnie mu przyznam wyższość nad Abramsem, Bermanem, Bragą, Filonim, Moffatem, nawet Whedonem, Moore'm, O'Bannonem, może i Pillerem. B5 uważam za jedno z ważniejszych osiągnięć gatunku, itd. Ale... mam narastające wrażenie, że choć może byłby godniejszym następcą G.R. niż ktokolwiek inny, jego wizja Treka rozchodziłaby się dość mocno z wizją Roddenberry'ego.
Pamiętacie jak kiedyś rozmawialiśmy o tym jak odmiennie pojmowali kanon Rick Berman i Michael Piller (jako budowanie pewnego fikcyjnego świata na swój sposób pokrewnego tym z komiksów i fantasy), oraz D.C. Fontana i sam Roddenberry (kanonem są pewna wizja przyszłości, pewien zestaw bohaterów o jasno określonych, a mogących być nośnikiem ciekawej gry/starcia idei, charakterach i pewna dość ściśle określona technologia; przy czym wszystko to może być udoskonalane z serii na serię, byle duch ST dzięki temu kwitł).
Otóż mam przekonanie graniczące z pewnością (oglądałem w końcu B5, jak wszyscy

, i na tym bazuję), że JMS fundnąłby jeszcze mocniejszy nacisk na sztywną
continuity i jeszcze silniejsze budowanie fikcyjnego wszechświata niż kiedykolwiek Berman, Piller, Braga i Coto razem wzięci. Popatrzmy na same Trekowe wątki obecne,
w przebraniu, w B5 - narodziny UFP z jej systemem politycznym bazującym na ambasadorach, narodziny GF, bunt kolonii marsjańskiej, schizma wolkańsko-romulańska, zamknięta w pętli czasowej historia Suraka, geneza Betazoidów (tak, telepaci zbiegli z Ziemi), pokoleniowa zmiana warty

wśród cywilizacji kosmicznych (nadchodzi czas humanoidów - to
epicki wkład własny Straczynskiego). W pierwszej chwili odbieralibyśmy to jako zbawienie - koniec z
burakami, spójna historia świata i bohaterów, cała przeszłość też uporządkowana. Koniec końców zostalibyśmy z anachronicznym, spetryfikowanym,
settingiem, na który tylko ostry reBoot mógłby poradzić. Czyli dostalibyśmy to samo, co mamy w Prime Timeline tylko, przez większą ścisłość założeń,
bardziej. Chyba wolę już roddenberry'owską elastyczność przypominającą to, co robili Lem (gdy pisał o Pirxie i Tichym) czy Clarke (w wypadku "Odysei..."), bo sądzę, że bardziej sprzyja ona mówieniu o problemach realnego świata (a polityka odwrotna - wikłaniu się w nieistotnych subtelnościach świata fikcyjnego, zwł. gdy połączyć ją z obecną modą na zagadki i piętrowe intrygi).
Czemu zaś wspominam o tym akurat teraz? Z powodu planowanej
serializacji Discovery.
Ciekaw jestem Waszego zdania w sprawie...