USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Star Trek / Bogactwo i różnorodność Treka
 
Autor Wiadomość
Q__
Moderator
#1 - Wysłana: 5 Maj 2016 11:20:24 - Edytowany przez: Q__
Wiecie co? Po tym maratonie powtórek doszedłem - po raz któryś z kolei - do wniosku, że największą zaletą Treka jest jego bogactwo i różnorodność...

Bo "Armegeddon Game" przypomniała mi na jaki poziom formalnego wyrafinowania i subtelności potrafił się ST wznosić w swoich najlepszych latach, jak dobrą SF przy tym będąc. "Melora" zaś, że Trek odważnie mierzył się z aktualnymi tematami naszej współczesności, a jednocześnie oferował nam bogaty, szczegółowy, fikcyjny świat z jego kulturami, gatunkami i zwyczajami. Po obejrzeniu "The Mathematics of Tears" przypomniałem sobie z jak głębokimi kwestiami z pogranicza futurologii, technologii i filozofii ST się mierzyło (bo, mówcie co chcecie, to jest tematyczny sequel "The Measure of a Man" nawet jeśli Berman nie przybił na nim stempelka z napisem "KANON"). "Who Watches The Watchers" - tu znów zobaczyłem czym jest Trek w stanie czystym, jak wygląda jego konwencja w klasycznej formie, jaką wizję przyszłości - i propozycję ideologiczną - oferuje, co zawsze pozostaje jego sednem. (Jednocześnie wszystkie te cztery odcinki nanotechnologią, wózkiem inwalidzkim, Mandelbrottem, Wagnerem, widzianą z różnych perspektyw religią, misjami kosmiczno-badawczymi przypomniały mi, że świat ST zawiera również wszystkie aspekty naszej własnej rzeczywistości.) "E^2" dało mi możliwość zajrzenia w mroczne zakamarki tego świata i poznania bohatera, którego chętnie bym poznał jeszcze bliżej, przypominając tym samym jak wiele takich niedokończonych - i przez to fascynujących - wątków Trek zawiera. Oglądając "Message in a Bottle" po prostu wybuchnąłem głośnym, radosnym, śmiechem.

A, jak zwykle, najciekawsze było to, co między wierszami... Broń nanotechnologiczna i apokaliptyczne skutki jej użycia, miłość Bashira rozkwitająca na wolnej od trosk, ale nie od ciężkich wyborów, Ziemi, rodzinny świat Melory pełen szybujących w powietrzu humanoidów, budzenie się świadomości w Sztucznych Inteligencjach, ze wszystkimi tego skutkami (czy androidy stanowiące załogę Magellanic były tylko kukiełkami, czy myślały, że są ludźmi, których udają? - to jeszcze jedno pytanie z tego pakietu), cuda przyszłości, wśród których dorastał Dylan Hunt, to jak będzie wyglądała cywilizacja tworzona przez tak racjonalnych Mintakan... i jak wspaniałe musiały wydawać się Nurii cuda Federacyjnej technologii (fajnie jest wczuć się w jej perspektywę i uświadomić sobie głębiej jak wiele Trekowa ludzkość osiągnęła), na ilu jeszcze planetach siedzą Federacyjni historycy i co mają okazję obserwować, jak wyglądało prowadzone w ukryciu, poświęcone jednej idei, życie Loriana i jego załogi, jakie smutki i radości były - mimo tych warunków - ich udziałem, co widzieli (i jaka wiedza może umarła wraz z nimi), jak imponująca musiała być cywilizacja, która stworzyła sieć komunikacyjną Hirogenów, do jakich cudów jeszcze zdolna i jak tragiczny musiał być ich upadek... A wszystkie te pytania przeleciały mi przez głowę gdy słuchałem EMH opowiadającego - jak jaki Roy Beatty - EMH 2 o cudach Kosmosu, których miał okazję doświadczyć w swoim niedługim jeszcze, maszynowym życiu...

(Tak, wiem ile razy użyłem słowa "cuda", ale czy bez powodu?)

Do tego bogactwu świata, bogactwu tematów, towarzyszyło również bogactwo technik narracji, od klasycznej, Problemocentrycznej SFowej struktury, przez po literacku wyrafinowane opowieści, po beztroską, radośnie głupawą komedię... Od kameralnych dramatów jednej, czy kilku, postaci, po skalę całych cywilizacji... (A czasem jedno i drugie - gdy sprawa nieszczęśliwej miłości Pax Magellanic splatała się ze sprawą praw wszystkich SI, gdy osobista tragedia Liko czyniła go fanatykiem groźnym dla przyszłości całego gatunku, gdy udział Bashira w realizacji zbiorowego marzenia o eksploracji Wszechświata kosztował go koniec związku, który sam uważał za idealny, gdy efektem Wielkiego Ratowania Ludzkości były małe radości i wielkie smutki załogi przemieszczonego w czasie Enterprise'a, gdy od wariackiej przygody dwu hologramów zależały losy całej załogi Voyagera, ale i federacyjno-romulańska równowaga sił.)

Zatem proponuję pozachwycać się tą różnorodnością ST w różnych jej aspektach... Zapraszam.
Q__
Moderator
#2 - Wysłana: 21 Kwi 2018 19:02:12 - Edytowany przez: Q__
W końcu zamieszczę post, który - ze względu na gorące dyskusje o DSC z ORV i inne sprawy - czekał na to od kilku miesięcy, bo n/w odcinek DS9 powtarzałem sobie w październiku, TNG - w listopadzie, POT - w grudniu, a produkcja Vanderkley'a miała premierę jeszcze we wrześniu. W każdym razie obejrzenie ich wszystkich dało mi poglądowy obraz tego o czym mówi tytuł topicu.

Bo, popatrzmy... TNG "Unnatural Selection", jest to (owszem, arcybzdurna naukowo - co bywało jej już wytykane - i pod tym względem nie zamierzam jej bronić) opowieść każąca - podobnie jak niektóre utwory Stapledona, Strugackich, Clarke'a - zastanowić się nad perspektywami ludzkiej (naturalnej czy sterowanej) ewolucji, podumać nad następcami, których sami sobie możemy wyhodować.
Kiedy, podobnie jak w wypadku sporej ilości epizodów Oryginalnej Serii (wczesne TNG jest bardzo TOS-owate), przełkniemy jakoś idiotyzm założeń (działający na zewnątrz organizmu układ odpornościowy), dostaniemy całkiem przyzwoity obrazek z przyszłości ze statkiem kosmicznym (wiadomo, Ent-D), eksperymentami geninżynierów (podanymi w duchu klasycznej SF, a wbrew obecnym trendom, bez nużącej sensacyjno-spiskowej otoczki) i ich "produktem" - nadludzkimi dziećmi (ludzie to jeszcze, czy już odrębny gatunek?), robiącą wrażenie tragedią (Mav pisał swego czasu jak przejmująca jest scena zniszczenia USS Lantree) oraz śledztwem naukowym. Podszyty w dodatku pytaniami o cenę postępu i ryzyko związane z badaniami naukowymi.
Przy czym uderza - zwł. dziś, w erze DSC, ORV i filmów Abramsa - jak serio (i bez dobudowywania zbędnych subplotów, pod tym względem ascetycznie wręcz) jest to podane, jak jednoznacznie ma skłaniać do refleksji, nie - tanio ekscytować.
Nie można też, rzecz jasna, nie wspomnieć o wpisanych w główną narrację interakcjach Pulaski-Data stanowiących jedną z nielicznych udanych prób powtórzenia (acz nie skopiowania) dynamiki relacji Spock-McCoy (ten odcinek to dla nich coś jak "The Immunity Syndrome" dla tamtych). Pani doktor traktuje pogardliwie androida, a on ze swoją maszynową sumiennością gotów jest bez wahania poświęcić się dla niej, i ostatecznie ratuje jej życie. (Można się spierać na ile jest to jego świadomy wybór, na ile zaś wgrana mu przez programistów - jak by to rzekł Lem - zacność, niejednoznaczność ta dodaje zresztą opowiadanej historii dodatkowej głębi, ale chyba każdy z nas chciałby w podobnej sytuacji mieć takiego Datę - cokolwiek nim motywowało - przy boku.)
Aha: na osobną pochwałę zasługuje George Baxter w roli Davida (przekonująco uczynił swoją postać obcą, nieludzko-niesamowitą i enigmatyczną).
Odnotować również trzeba continuity (chodzi o watek odmładzającej medycyny transporterowej) z TAS "The Lorelei Signal".
Podsumowując: nie jest to Trekowe arcydzieło, trudno dać notę wyższą niż 3- (może nawet 2+)/4, niemniej mamy w tej postaci - przy całej dwuznaczności rezultatów - całkiem dobry przykład zapuszczania się ST w regiony poważnej SF, warty tym samym polecenia. Gdybyż tylko scenarzyści mieli choć śladowe pojęcie o biologii....

inni o w/w epizodzie:
http://www.jammersreviews.com/st-tng/s2/unnatural. php
http://www.ex-astris-scientia.org/episodes/tng2.ht m#unnaturalselection
http://www.kethinov.com/startrekepisodes.php?serie s=2&season=2&epnumber=7
http://www.douxreviews.com/2015/02/star-trek-next- generation-unnatural.html
https://www.trektoday.com/reviews/tng/unnatural_se lection.shtml
https://www.tor.com/2011/09/05/star-trek-the-next- generation-rewatch-qunnatural-selectionq/

Z kolei DS9 "The Begotten", to kameralna historia, w której nie nad cywilizacyjnymi dylematami mamy dumać, a emocjonalnie w losy bohaterów się wczuć (mimo, że wymaga to ostrego zawieszenia niewiary, bo założyć wypadnie, że to co odczuwają Obcy, również niehumanoidalni, stanowi prosty odpowiednik naszych ludzkich uczuć).
Zaczyna się w ten sposób, że Odo - uwięziony przez rodaków w czlekokształtnej postaci - nie może sobie (psychicznie ani fizycznie) poradzić z tym stanem, a Quark, by go pocieszyć (wieloznaczność relacji między nimi wychodzi tu może mocniej niż kiedykolwiek dotąd) ofiaruje mu prezent - zwłoki zmarłego Zmiennego (badania nad którymi mogą pomóc znaleźć lek na jego stan. Zmienny okazuje się jednak żywym (choć w sumie półżywym) dzieckiem, które nasz konstabl postanawia wychować. Rzecz się jednak komplikuje. To co dla Odo jest sprawą prywatną, dla Federacji (i tu znów wkrada się wątek rasowej SF, tym razem obcologiczno-kontaktowy) jest szansą zrozumienia gatunku założycieli Dominium, istotnym zagadnieniem naukowym, ale i (w obliczu coraz mocniej zagrażającej wojny) politycznym. (Nie można nie odnotować, że Sisko występuje w opowiadanej historii w roli zarezerwowanej zwykle dla admirałów i innych oficjeli, jako, sprawiający wrażenie nieczułego buca, prawie-szwarccharakter, mieszający się do prywatnych spraw zmiennokształtnego malucha i jego przybranego rodzica, ale - drugi odcinek ORV się kojarzy - nie jest to jego wina, tylko kwestia pełnionej funkcji. Po prostu, jako kapitan GF, Ben musi dbać o interesy UFP i - dostrzegając szerszy obraz spraw - je reprezentować. Taka cena pełnionej funkcji.)
Ze względu na wspomniane wyższe kwestie do pomocy szefowi bezpieczeństwa DS9 ściągnięty zostaje jego przybrany ojciec, bajorański uczony Mora, i tu dostajemy debatę o tym na ile wychowanie ma być bezstresowe (tej skrajności broni Odo), na ile zaś wiązać się musi z fundowaniem podopiecznemu pewnych niewygód (a nawet cierpień) dla jego własnego dobra (przy czym obstaje Bajoranin), mającą jednocześnie wyraźny wymiar osobisty (bo konstabl nie może zapomnieć Morze jego dawnej surowości i - nieuniknionej przy opiece nad przedstawicielem zupełnie odmiennego gatunku - niezręczności), przez co kwestia Kontaktu, staje się zarazem - można rzec - sprawą niełatwych relacji w pewnej rodzinie (i przy Trekowym poziomie ogólności daje się te wszystkie warstwy całkiem nieźle zgrać).
Jednak scenarzystom tego mało i wprowadzają jeszcze - zawsze chwytający za serce, choć ograny - wątek choroby dziecka. Stan - zaczynającego już (dzięki wypośrodkowaniu wychowawczych metod) robić obiecujące postępy - małego Zmiennego pogarsza się gwałtownie, i umiera on, zdążając jednak przed śmiercią (najwidoczniej jej bliskość, jak stereotyp każe, sprzyja zrozumieniu pewnych spraw) przywrócić "ojcu" zdolność transformacji.
Tu wszakże pojawia się pewien zgrzyt, bo Odo zbyt egoistycznie się z tego cieszy, choć i do rozpaczy ma powody. Nie wiem: uznać to za buraka, czy za celowy element portretowania jego gatunku jako paskudziarzy.
Dodatkowo ciągnie wspomniany epizod w dół wątek Kiry, która ma właśnie wydać na świat potomka O'Brienów. Idiotyczne bajorańskie obrzędy okołoporodowe, zazdrość budząca się między Milesem, a - wyglądającym jak wyjęty z tandetnej opery mydlanej - ministerialnym amantem major (jak mu tam było? Shakaar...)... Owszem, można w tym widzieć zarówno celowy, sentymentalny, hołd dla TOSowego kiczu, jak i antycypację humoru z ORV, ale to nie jest to, czego bym szukał w ST.
Niemniej... Choć więcej tu umowności, zabawy konwencją (i światem Treka), mniej poważnej fantastyki naukowej, znów plusy przeważają (wspomniana wielopoziomowość niby prostej fabuły buduje jedną z wdzięczniejszych i oryginalniejszych opowieści kontaktowych jakie znam), i znów skłonny jestem dać 3-/4 (może nawet z mniejszym minusem niż poprzednio).

Inni o tym z kolei odcinku:
http://www.jammersreviews.com/st-ds9/s5/begotten.p hp
http://www.ex-astris-scientia.org/episodes/ds95.ht m#thebegotten
http://www.kethinov.com/startrekepisodes.php?serie s=3&season=5&epnumber=12
http://dauntlessmedia.net/startrek/5-12-the-begott en-ds9-review/
https://www.trektoday.com/reviews/ds9/the_begotten .shtml
https://www.trektoday.com/content/2013/11/retro-re view-the-begotten/
https://www.tor.com/2014/06/11/star-trek-deep-spac e-nine-rewatch-the-begotten/
Q__
Moderator
#3 - Wysłana: 21 Kwi 2018 19:06:44 - Edytowany przez: Q__
Vanderklay'owy "The Derelict" jest jeszcze bardziej kameralny (a zarazem trudno uciec od podejrzenia, że fan-twórca postanowił pokazać jak można było lepiej, bez popadania w komiksową naukawość, rozegrać wątek Kralla z Beyond). Dostajemy - po raz drugi i nie ostatni - ograny wątek misji ratunkowej.
Ponieważ fanprodukcje nie są wszystkim z Was znane, mówiąc o nich pozwolę sobie na szersze streszczenia.
Era ENT, statek wzywa pomocy, nadająca ów komunikat załogantka obrywa czymś ciężkim w głowę i pada zakrwawiona.
Wiadomość odbiera jeden z okrętów klasy NX - Challenger. Przybywa na ratunek i wysadza dwuosobowy (możliwości techniczne zapewne się kłaniają) away team. Zwiadowcy (mężczyzna i kobieta, zgodnie z modą to ona dowodzi), badają wnętrze wzywającej pomocy jednostki. Kiedy rozdzielają się, dziewczyna zostaje zaatakowana z zaskoczenia i ogłuszona, a gdy odzyskuje przytomność budzi się związana, w rękach oszalałego (i pałającego żądzą zemsty za to, że Flota go - jak twierdzi - porzuciła bez pomocy) weterana (w stopniu kapitana nawet) wojny z Romulanami.
Kiedy nieszczęśnik ów, który z ofiary stał się katem (wymordował załogę, która go ocaliła, i chce zbijać dalej) wygłosi już swój monolog i wyruszy zapolować na jej towarzysza, oficer z NX-03 udaje się uwolnić, i przygotować do konfrontacji.
Zatem gdy wariat powraca, wlokąc jej nieprzytomnego (ale, jak się okaże, żywego) kolegę, dziewczyna atakuje go* (wykazując się sporą biegłością w walce), a w końcu - nie mając innego wyboru (ale też napędzana instynktem) - razi go śmiertelnie prądem (posługując się uszkodzonymi kablami ze ściany).
Drugi ze zwiadowców odzyskuje tymczasem przytomność. Wyłącza napięcie, odciąga swoją przełożoną od jej ofiary - czas wracać na Challengera, opatrzyć rany i złożyć meldunek przełożonym.
Statek przygotowuje się do przesłania ich, jednak młoda oficer ogląda się jeszcze raz na uśmierconego przez siebie, czując z nim najwidoczniej dziwną solidarność zabójców, ludzi, którzy musieli zrobić wszystko by przetrwać, ale i ofiar wojny/walki zarazem.
Sądzę, że wydźwięk tej - prostej w sumie - historyjki jest dość czytelny, dodam więc tylko, że realizacyjnie należy ona do czołówki fan-Treka, i choć nie oferuje tego, czego najchętniej oczekiwałbym od ST (zamiast SF dostajemy prosty moralitet poruszający ograne tematy), trudno dać notę niższą niż 3/4 i nie polecać.

* Nie kolegę, rzecz jasna.

POT "The Void" (pierwsza pełnometrażowa odsłona owej produkcji, mówiąc nawiasem), choć też o okręcie lecącym na ratunek opowiada, idzie w zupełnie inną stronę (nie na darmo twórcy tej serii przyznają się do fascynacji TMP).
A zaczyna się tak... Potemkin wyrusza - jak jaki Niezwyciężony - rozwikłać zagadkę zaginionych jednostek GF. Gdy jego załoga - ewidentnie obawiająca się podzielić los poprzedników - przeprowadza w obszarze ich zaginięcia szczegółowe skany zjawiają się Klingoni. Wydawaliby się naturalnymi podejrzanymi, ale kapitan Grigory, jak to dobry Fedek, chce z nimi rozmawiać. Jednak klingoński okręt zostaje pochłonięty przez anomalię czasoprzestrzenną. Teraz znów imperialiści z Qo'noS mają dobre powody do myślenia, że to Gwiezdna Flota opracowała przeciw nim nową wunderwaffe.
Ale oto anomalia zaczyna formować się wokół NCC-1711, który tylko cudem - a raczej dzięki niezwykłej sprawności i opanowaniu załogi - jest w stanie się z niej uwolnić. Sytuacja ta pozwala jednak zrozumieć co właściwie w badanym sektorze zachodzi, a więc również jak zlikwidować groźną czasoprzestrzenną niestabilność.
Potemkin ma jednak kolejne kłopoty - przybywają Klingoni w sile trzech okrętów. Alec usiłuje podzielić się z nimi świeżo zdobytą wiedzą, lecz dowodząca eskadrą Homo sagittarii - młoda, ale już ciesząca się opinią groźniej wojowniczki - commander niezbyt chce go słuchać (tym bardziej, że kolejna z klingońskich jednostek nagle ulega niespodziewanej zagładzie), na szczęście jej, bardziej doświadczony, oficer naukowy odważnie przekonuje swoją przełożoną do zmiany zdania.
Przedstawiciele pozostających w stanie zimnowojennego napięcia stron naradzają się ze sobą, nie jest jednak jasne jakie efekty dał ich dialog, czy są w stanie sobie zaufać, bo gdy NCC-1711 przystępuje do niebezpiecznego zabiegu zamykania anomalii dwa ocalałe klingońskie krążowniki oskrzydlają go. Okazuje się jednak, że zamiast atakować - przychodzą z pomocą, włączają się do akcji.
Wciąż jednak za mało jest energii by anomalia mogła być skutecznie wyeliminowana. Wtedy młoda commander nakazuje załodze jednego ze swoich okrętów poświęcić się wysadzając swoją jednostkę. To dostarcza koniecznej ilości energii, niestabilność czasoprzestrzenna zostaje usunięta.
Kapitan Grigory składa hołd bohaterstwu poległych, również jego zdaje się być wstrząśnięta w obliczu tak wielkiej ofiary, jednak Klingonce jest to najwidoczniej obojętne - urywa łączność i odlatuje.
Odcinek zamyka tradycyjny epilog: kapitan Potemkina opieprza swoją oficer naukową za brak szacunku do klingońskiego poświęcenia i honoru (uznała ona takie rzucanie swoich ludzi na śmierć za barbarzyństwo i dała temu głośno wyraz, gdy komunikacja między statkami była otwarta), twierdząc, że gdyby to było konieczne sam również wysadziłby swój okręt z całą załogą by inni żyli, lecz zarazem wydaje się z niej w jakimś stopniu zadowolony, bo to ona była autorką planu, który pozwolił zamknąć groźną anomalię. A po jej wyjściu trwa zadumany patrząc w gwiazdy.
Tu znów pochwalić muszę dobrze przemyślany drobiazg - otóż w kluczowym fabularnie momencie Alec kompletnie ignoruje vieewscreen, natomiast z napięciem wpatruje się w - pokazujące konkretniejsze dane - mostkowe ekrany. No i tradycyjnie - ciągnące całość mocno w górę aktorstwo Greene'a*.
Natomiast zastanawiać się mógłbym czy Klingoni koniecznie musieli ginąć, czy nie jest to - czerpiący ze złych tradycji DS9 i otwarcia ST XI - dramatyzm na siłę (w końcu jaki to problem zabrać transporterem załogę gdy już ustawi się okręt na samobójczy kurs).
Niemniej i tu skłonny byłbym dać 3 (może z malutkim minusikiem)/4, tym razem z poprawką na niską jakość techniczną produkcji (którą jednak w sporym stopniu kompensuje scenariusz).

* Doświadczonego profesjonalisty, jakby nie było:
https://www.linkedin.com/in/jeffrey-green-39bba6b

Aha: taka recka wspomnianego epizodu mi się wygooglała:
http://www.fanfilmfollies.com/fan-film-follies/pro ject-potemkin-the-void/

(Przy czym - paradoksalnie - choć fanowskie produkcje dostały wyższe noty, bo ich twórcy zdołali uniknąć ostrzejszych kiksów, kanoniczne wypadają, mimo swoich wad, bardziej interesująco, bo mierzą się z ambitniejszą tematyką. Są też - w tych udanych fragmentach - ciekawsze narracyjnie.)

Podsumowując: w ramy Treka da się - jak widać - wpisać rozmaitość b. odmiennych od siebie historii, z których każda może należeć do innej konwencji, i co innego nam mówić. Szkoda tylko, że Kurtzman i spółka zdają się o tym nie pamiętać...
 
USS Phoenix forum / Star Trek / Bogactwo i różnorodność Treka

 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!