MavMav:
Jeśli Trek Straczynskiego miał popaść w mistycyzm i budowanie własnej, sztywnej mitologii, to dobrze, że skończyło się na autorskim B5.
Z drugiej strony... Hasło: "żegnajcie
buraki, witajcie technologie
made-by-JPL" - a to również JMS by gwarantował - i wizja trzeciego b. mocnego serialu ST po TOS i TNG (nakręconego prawdopodobnie na poziomie łączącym zalety realnych B5 i DS9), wiele by nam potrafiły osłodzić. Prawdopodobnie nie dałoby się nie kochać takiej serii, nawet gdyby jej długofalowe skutki dla franczyzy były... dwuznaczne.
Ponadto... Oczywiście,
wziąłem na tapetę przykład alternatywnych dziejów Treka stosunkowo mało odbiegający od tego, co wydarzyło się w realnym świecie. Ot, ci, którzy w znanej nam rzeczywistości zostali fanami B5 i DS9 - z braku tego drugiego - stanowiliby bardziej zwarty fandom Fivers, zamiast akcji
kill i
save Enterprise, dostalibyśmy to samo z Crusade (a potem - w pakiecie

- długoletnie sentymentalne dyskusje o niezrealizowanym potencjale CRU), zamiast psioczenia na Bermana - psioczenie na JMSa (acz Straczynskiego nie dałoby się zbyć w tak pogardliwym stylu, jak Bermana czy Abramsa, więc dyskusja odbywałaby się na bardziej subtelnym poziomie, ale i podział między zwolennikami dwu wizji Treka byłby głębszy, bo każda ze stron miałaby lepsze argumenty)... I tyle.
Umiem sobie wyobrazić i gorsze scenariusze, np. taki w którym Lucas spełnił swoje wczesne marzenie o nakręceniu SW jako oficjalnej kontynuacji Treka - i tu przebieg dalszych wydarzeń byłby podobny do tego co znamy z realnej historii dwu już franczyz. Ot, ST: SW byłoby wielkim komercyjnym sukcesem, więc potem by trwała walka G.R. i G.L. o kształt franczyzy, którą - głosami paramountowskich decydentów - wygrywałby zawsze Lucas, bo stałby za nim główny argument, argument zarobionych milionów. TNG pewnie by nie zaistniało - może zamiast niego powstałaby jakaś infantylna wcześniejsza wersja CW, może z odrobiną roddenberry'owskiego intelektualnego połysku, potem mielibyśmy znany rozkwit EU... o ile Lucas zapewniłby sobie udział w zyskach z zabawek, inaczej by pewnie odpuścił, jak Abrams (Roddenberry w międzyczasie by zmarł), potem znane dzieje z - w tym wypadku - Interquel Trilogy, aż do znanej ery upadku. Z tym, że niewątpliwie po drodze byłby znacznie większy sukces, znacznie większe zyski, znacznie liczniejszy fandom, tylko... pierwotna wizja Roddenberry'ego, stałaby się pół-zapomnianym archaicznym dodatkiem do barwnego, baśniowego,
czaderskiego universum Lucasa (znanym dziś zapewne jako Star Wars: Star Trek)...
Także rzeczywistość, w której TWoK by nigdy nie powstał - lub powstał i odniósł klęskę - prawdopodobnie nie byłaby lepsza. Nie ma nawet gwarancji czy powstałoby kiedykolwiek TNG, a ewentualni odgrzewacze (którzy by się zjawili np. na fali popularności SW lub B5) mieliby do wyboru pół-komiksowy, archaiczny, kiczowaty i b. zaangażowany społecznie TOS, oraz zupełnie odmienny, podchodzące pod klimaty hard SF, TMP. (Z czego tylko TOS byłby postrzegany jako względny sukces.) To by prawdopodobnie oznaczało nastanie ery Abramsa (acz niekoniecznie akurat JJ byłby tu
sprawcą), bezpośrednio po erze Roddenberry'ego... (Ew. - w najlepszym wypadku - jakiś Moore nakręciłby jakiś
mhroczny i - pod koniec - niestrawnie mistyczny nTOS, mający b. niewiele wspólnego z oryginałem.)
Ale... załóżmy, że TMP fani i krytyka jednak by od razu docenili... Cóż... Albo dostalibyśmy z jeden film, który by się doczekał wejścia na ekrany, gdzieś w końcówce fali ekranowej dominacji poważnej SF (gdzieś razem z "2010.." czy "Aliens"). I teraz przy okazji sukcesu "Moon" ktoś by może przebąkiwał o odgrzewaniu i Star Treka... Albo też Roddenberry nakręciłby swój ukochany serial, takie TNG, tylko bardziej
hard, lub gwałtowniej
zreBootowany TOS (może nawet z pewnymi patentami technicznymi, które trafiły potem do AND) i byłaby to prawdziwa serialowa doskonałość SF... tylko skończyłaby tak jak trzy b. ambitne - i b. mało słynne, bo niszowe - seriale +/- hard SF: S:1999, SAAB i SO:VttP, na jednym wartościowym sezonie, który by był chwalony przez
ultranerdów i naukowców, a ogólnie przeszedł bez większego echa, no i był znacznie mniej zabawny, znacznie mniej dynamiczny (w dodatku specyficzna
trekowość - ze swymi wadami i zaletami, z całym swoim dwuznacznym urokiem - pewno by nie zaistniała, utonąwszy w generycznej
hardSFowości). I może coś by się niejasno mówiło o powrocie Treka na ekrany, tak jak się teraz mówi o S:2099... od dobrego dziesięciolecia...
(Albo też ten alternatywny drugi serial Roddenberry'ego został by oddany po pierwszym sezonie w ręce innego twórcy, do spotkało TOS - no tu trochę później, S:1999 i przede wszystkim SQ. Gdyby tym nowym był jakiś Meyer, albo Piller jeszcze pół biedy, historia, by z grubsza wróciła na znane tory, gorzej gdybyśmy doczekali się nowego Freibergera i/lub podzielenia przez ową hipotetyczną serię losów SeaQuestu... Z takiego upadku podnieść by się nie dało...)
No, zostaje jeszcze wariant kombinowany, że w rzeczywistości bez TWoK i TNG nakręcono by jednak B5 pod logo ST. Wtedy, bez TNG dla przeciwwagi, wizja JMSa stanowczo zdominowałaby wizję Roddenberry'ego. I mielibyśmy to co w moim poprzednim poście, tylko
bardziej (ew. z jakimś oficjalniejszym Axanarem w roli interquela

).
(O ST: B5 w rzeczywistości ST zdominowanego przez Lucasa nie ma co gadać, bo pewnie by powstało - G.L. zawsze był otwarty na cudze niezłe pomysły, ale jako jeden z licznych
kwiatków do lucasowego kożucha, produktów EU, które zawsze można
wyrzucić na śmietnik.)
Daleki jestem od zgadzania się z Leibnizem, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, ale sądzę, że dzieje Treka nie wypadły nawet tak najgorzej...*
* Choć przypuszczam, że i każdy z nakreślonych tu alternatywnych scenariuszy mógłby przynieść coś wartościowego do oglądania...