USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Star Trek / Co jeszcze da się powiedzieć (ciekawego) o ST?
 Strona:  ««  1  2 
Autor Wiadomość
Kor
Użytkownik
#31 - Wysłana: 7 Lis 2013 18:23:14
Q__:
Mogłeś po polsku. Było w drugim tomie "Drogi do science fiction".

W tłumaczeniu? Nieeeeee Nie po to uczę się angielskiego, żeby czytać anglojęzyczne teksty w języku polskim. Czytam sobie tomik The Science Fiction Hall Of Fame, Vol. 1. Zacząłem czytać. To pierwsze opowiadanie w tym tomie.
Q__
Moderator
#32 - Wysłana: 7 Lis 2013 18:27:09
Kor

Kor:
To pierwsze opowiadanie w tym tomie.

Zasłużenie. Bo bodaj pierwsze tak wybitne w amerykańskiej SF.
Kor
Użytkownik
#33 - Wysłana: 7 Lis 2013 23:03:20 - Edytowany przez: Kor
Q__

Mam tego świadomość. Poczytałem sobie o autorze i o tym opowiadaniu po tym jak je skończyłem. O samym tomie opowiadań również, jeszcze przed lekturą. Wielu uważa to za najlepszą antologię science fiction obecną na amerykańskim rynku, chociaż obejmuje okres sprzed ustanowienia nagrody Nebula.

Oczywiście, że w amerykańskiej. Zdaję sobie sprawę, że nie tylko w USA są autorzy science fiction Niestety, Niemców, czy Rosjan nie jestem w stanie czytać w oryginale.

Ale pewnie chciałeś powiedzieć, że znasz wcześniejsze opowiadania zasługujące na uwagę, tyle że z innych kręgów kulturowych?
Q__
Moderator
#34 - Wysłana: 7 Lis 2013 23:22:08
Kor

Kor:
Wielu uważa to za najlepszą antologię science fiction obecną na amerykańskim rynku

Rzuciłem okiem:
http://www.amazon.com/Science-Fiction-Hall-Fame-Vo l/dp/0765305372
Większość utworów znam, niektóre cenię, nie wszystkie jednak znajduję jakimiś b. wybitnymi. W sumie... ze dwa?

Kor:
Ale pewnie chciałeś powiedzieć, że znasz wcześniejsze opowiadania zasługujące na uwagę, tyle że z innych kręgów kulturowych?

Tak. Konkretnie brytyjskie (Wells, E. M. Forster), czeskie (Čapek) i rosyjskie (Bułhakow, A. Tołstoj).
Kor
Użytkownik
#35 - Wysłana: 7 Lis 2013 23:25:59 - Edytowany przez: Kor
Cóż, na razie przeczytam ten tomik. Nie spodziewam się, że wszystko będzie na równym poziomie. Tak to się właściwie nie zdarza w antologiach.

O wyborze opowiadań możesz przeczytać trochę tutaj:

http://en.wikipedia.org/wiki/The_Science_Fiction_H all_of_Fame,_Volume_One,_1929%E2%80%931964

lub w samej książce (poszukać ebooka). Wiele razy spotykałem się na różnych blogach czy stronach ze stwierdzeniami, że to jest świetna antologia obejmująca wczesny okres, więc się w końcu skusiłem.
Q__
Moderator
#36 - Wysłana: 8 Lis 2013 01:46:25 - Edytowany przez: Q__
Kor

Kor:
O wyborze opowiadań możesz przeczytać trochę tutaj:

Na Amazonie też był.

Może przesadziłem z tylko dwoma... Niewątpliwie rekomenduję "A Martian Odyssey", czyli utwór, który właśnie chwalimy, b. dobry - acz zupełnie inny - jest też klimatyczny "Twilight" Campbella; "Flowers for Algernon" Keyesa to klasyka sama w sobie (acz Lem to, czy owo skrytykował i tu). "Mimsy Were the Borogoves" małżeństwa Kuttnerów, jest b. solidnym opowiadaniem, w swojej epoce niewątpliwie b. wybitnym, dziś robiącym chyba mniejsze wrażenie. To samo "The Cold Equations" Godwina (które miałbym za arcydzieło gdyby warstwa naukowa była... ciut bardziej naukowa). Natomiast b. cenione "That Only a Mother" Merril, "Born of Man and Woman" Mathesona, czy nawet - literacko absolutnie bez zarzutu - "Coming Attraction" Leibera i - skądinąd b. pomysłowe - "The Nine Billion Names of God" Clarke'a oraz "Fondly Fahrenheit" Bestera jakoś nigdy mnie nie ruszały. "A Rose for Ecclesiastes" jest tekstem - jak na standardy SF - b. mocnym literacko i bogatym znaczeniowo, byłby z niej też znakomity odcinek Treka (gdyby tylko Kirk - bo nikogo innego o równie wielkim ego w ST nie znajdziemy - okazał się również znakomitym poetą, a scenarzysta dokonał cudu przełożenia na język ekranu tego, co nań nieprzekładalne), mam też wielką słabość do Zelazny'ego... ale, tak naprawdę to nie jest SF, tylko znacznie mądrzejsza trawestacja baśni Burroughsa o marsjańskich księżniczkach.

EDIT: ok, zważywszy na to ile utworów, które - choćby z zastrzeżeniami - pochwaliłem + ile tych, które subiektywnie zganiłem, ale uchodzą za istotne dla gatunku (więc chcąc znać SF przyswoić je jednak należy) zawiera, przekonałeś mnie mimo woli (a właściwie sam się przekonałem, porządkując spostrzeżenia) - warto przeczytać ten zbiór.


EDIT 2:
A'propos krytycznych uwag Lema - wyimki z "Fantastyki i futurologii" nt. opowiadań zbioru:

"Kontrempiryczny bywa też wybór struktury narracyjnej w utworach skądinąd ciekawych problemowo (Flowers for Algernon). Gdyż struktura tekstów takich, przypominająca krzywą normalną (czy też odwróconą literę V), pochodzi z pewnego kręgu baśni; jak w Kwiatach dla Algernona mamy najpierw niezwykły wzrost inteligencji pewnego debila, który zaledwie poznawszy rozkosze umysłowej kreacji, poczyna na powrót głupieć z zawrotną chyżością, tak w Eliksirze profesora Bohusza starzec, co dzięki preparatowi odmładzającemu stał się młodzieńcem, nagle i szybko z powrotem się starzeje. Utwór jest interesujący psychologicznie, lecz modeluje problem „wzmacniacza inteligencji” podług struktury „wschodu i zachodu”, raczej mało prawdopodobnej, bo właśnie z bajek przejętej, i — co ważniejsze — odcina się tym samym od przebadania aspektu społeczno–kulturowego takiej hipotezy (o sztucznym potęgowaniu inteligencji). Nagły powrót w głuptactwo bohatera, który był zrozumiał, jest autorowi dramaturgicznie i dramatycznie potrzebny (gdyż dzięki zastosowaniu takiej właśnie trajektorii akcji powstaje dramat pewnej osoby — jako tragedia runięcia z wyżyn dopiero co zdobytej mądrości, a jednocześnie powstaje zamknięta struktura zajść, automatycznie kształtująca cały przebieg wypadków). Dla wymodelowania skutków „hipotezy amplifikacyjnej” w planie całej kultury podobna, nadzwyczaj prosta struktura nie może już wystarczyć, a przecież prosta refleksja ukazuje, że te skutki są godne przedstawienia. Profesor uniwersytetu jest społecznie szanowany i ma wysoki socjalny status, ponieważ i trudno zostać takim profesorem (na pewno nie może nim zostać każdy podług zachcenia), i rola kulturowa takiego fachowca jest wyjątkowo doniosła (jako twórcy nauki i jako wychowawcy rej kadry specjalistów, która cywilizacja stoi). Lecz gdyby absolutnie każdy, dzięki „podkręceniu ilorazu inteligencji”, mógł takim profesorem zostać, ba — gdyby to właśnie było dla każdego zarazem najmilsze i najłatwiejsze, toby społeczeństwo musiało zapobiec dewastacyjnym rezultatom takiego stanu rzeczy. Trzeba by dostarczyć wielkiej rekompensaty każdemu, kto, mogąc pracować twórczo na najwyższym poziomie umysłowych robót, godzi się zostać kierowcą, asenizatorem, robotnikiem budowlanym czy mleczarzem. A więc ci ostatni chodziliby w glorii samowyrzeczenia, poświęcenia dla dobra społecznego, rezygnacji szlachetnej ze swych przyrodzonych możliwości rozwojowych. W groteskowym z rozmysłu utworze właśnie powszechny szacunek, cześć, czołobitność otoczy asenizatora jako wspaniałego duchem poświętliwca, podczas kiedy profesor to szary człowiek, pierwszy z brzegu, niemalże każdy przechodzień. (Oczywiście taki „genializujący przewrót” miałby też mnóstwo innych konsekwencji, których nie poruszamy; można ich dochodzić rozumowaniem, ale na pewno nie można się wobec takiego zadania posłużyć dowolną gotową strukturą zajść jako paradygmatem z bajek przejętym.)
Tak więc wykazuje SF ucieczkę z pola rozumowań naszkicowanego typu w kierunku gotowych, silnie usztywnionych, wyrazistych paradygmatów strukturalnych, pochodzących z baśniowego i sensacyjnego piśmiennictwa."
Q__
Moderator
#37 - Wysłana: 8 Lis 2013 05:18:23 - Edytowany przez: Q__
"Istnieją co prawda utwory Science Fiction (The Quest for St. Aquinas A. Bouchera np.) twierdzące, że ktoś — u Bouchera robot — udowodnił logicznie istnienie Boga. Lecz teza taka jest niedowodliwa właśnie; a takie utwory tym samym, jeśli rygorystycznie je klasyfikować, do „klasycznej Science Fiction” nie należą (jedyna interpretacja noweli Bouchera, ocalająca ją dla klasyki SF, musi uznać, że dowód robota poprawny nie był: jeśliby bowiem był poprawny, znaczy to, iż została transcendencja do empirii zredukowana; sprawą tą zajmiemy się jeszcze osobno).
/.../
Roboty tak mądre, że dochodzą logicznie istnienia Pana Boga, tak — „święty robot” w noweli The Quest for St. Aquinas A. Bouchera; tamże występuje „robass”, zmechanizowany odpowiednik oślicy Baalama, który wodzi na pokuszenie świątobliwego Tomasza
/.../
Z utworów nowelistycznych zasługuje na omówienie The Ouest for St. Aquinas A. Bouehera. Za tysiąc lat od dnia dzisiejszego panuje ateistyczna Technarchia. Prześladowany Kościół zeszedł do katakumb. Papież wysyła kapłana, imieniem Tomasz, aby szukał grobu świętego, niejakiego Aquina, człowieka, który na wiarę nawracał i miał moc czynienia cudów. Zmarł jednak, a teraz nie wiadomo nawet, gdzie jest jego grób. Pewien wysoki dygnitarz Technarchii, właśnie przez Aquiua tajemnie nawrócony, ofiarował papieżowi juczne zwierzę mechaniczno, zwane „robass” (żeński neologizm od „robot”, połączenie robota z osłem — „ass”). Na tym wierzchowcu rusza Tomasz w drogę. Okazuje się, że „robass” posiada dar mowy. Przemawia do Tomasza, kusząc go najwyraźniej do grzechu. Mianowicie namawia go, aby wrócił z kłamliwą wiadomością, iż znalazł grób, chociaż go naprawdę nie odkryje: taka wiadomość przysporzy mu wiele dobrego w podziemnym Watykanie. Po różnych przygodach przybywają wreszcie do stóp wysokiej góry, w której jaskini spoczywa trup Aquina. Okazuje się, iż był on nie człowiekiem, lecz robotem.
Miał najdoskonalszy z możliwych mózg, zaiste — tak doskonały, iż pojął, że uczony, który go zbudował, jak wszyscy ludzie przez Boga został stworzony. Toteż głosił święty robot chwałę Bożą i nawracał ludzi nadzwyczajną siłą swojej wymowy, aż począł cierpieć od jakowychś przypadłości mechanicznych, a nie chcąc, by się wyjawiła jego maszynowa natura, wolał raczej zginąć bezpomocnie, aniżeli dać się naprawić. (Wszystko to jest, podkreślam, opowiadane z całą powagą.) W obliczu „trupa” znów „robass” kusi Tomasza: niech wraca do papieża, niech powie, że znalazł grób świętego, a w nim ciało, cudownie przez rozkład nie tknięte. To wprawdzie będzie kłamstwem (nie jest żadnym cudem dobre zachowanie szczątków maszyny), lecz w ten sposób bardzo poważnie zwiększy wysłannik papieża swoje szansę, aby rychło samemu zostać papieżem. Bo chwała odkrycia grobu świętego nań spłynie i tym samym wyniesie jego kandydaturę ponad inne na najbliższym konklawe. Lecz Tomasz odpowiada, że tak postąpić znaczyłoby — skłamać, pragnie tedy wracać do Rzymu z prawdą na ustach. Odpędza „robass” słowami „retro Satanas” i modli się, pojąwszy, iż Bóg zbudował świętego Aquina ludzkimi rękami dla swojej chwały.
Opowiadanie jest sprawnie napisane, lecz tkwi w nim konstrukcyjny błąd logiczny, który je wali. Gdyż, jeśli nie należy kłamać, aby nawracać na wiarę prawdziwą, to nigdy nie należy w tym celu kłamać.
Więc sam święty robot Aquin nie miał prawa zatajania swojej maszynowej natury przed tymi, których nawracał; mógł w końcu głosić słowo Boże jako robot. A dalej — nie powinien był swojej natury skrywać, odmawiając poddania się „leczeniu”, gdy się popsuł czy też zachorował. Otóż on zginął, jak zginał, dla ocalenia kłamstwa (jakoby był człowiekiem, którym właśnie wcale nie był). Można by przerobić ten punkt narracji (Aquin mógł zginąć od losowego trafu, a nie od tego „samowyparcia”). Lecz już nie można przerobić tego, że Aquin systematycznie zatajał swoją naturę, rozpowszechniając wiarę. Bo gdyby swej „automatyczności” nie skrywał, byłaby ona powszechnie znana (misjonarz–robot to coś wyjątkowego i dla czasów Technarchii, jak utrzymuje nowela). A jeśliby ona była znana powszechnie, to nie powstałby konflikt sumienia w odkrywcy świętego grobu. Jednym słowem, Tomasz—znalazca grobu nie chce kłamać i tym samym nie chce czynić tego, na czym się właśnie zasadzała świętość samego robota—anachorety (bo nawracał ludzi, podając się za człowieka, którym nie był). Boucher, jak się można dowiedzieć o tym ze słów, którymi Groff Conklin otwiera antologię, nie mógł zamieścić swej noweli w żadnym miesięczniku czy innym periodyku amerykańskiej Science Fiction i jej publikacja w zbiorze, redagowanym przez Conklina, stanowi przez to pierwodruk (mimo iż Boucher należy do znanych i poważanych „klasyków”!). Oczywiście nie była przyczyną odmowy publikowania logicznie fałszywa struktura utworu, jakeśmy ją nazwali, lecz po prostu jego tematyka. A więc tak wygląda w Stanach rozmiar kreacyjnej swobody Science Fiction.
O ile wiem, w noweli pierwszy raz wypowiedziano kwestię, która mogłaby przy zjawieniu się rozumnych maszyn posłużyć teologom za doktrynalny argument, a mianowicie, iż skoro Bóg człowieka stworzył, to z kolei mógłby człowiek stwarzać maszyny, w granicy tak rozumne, jak on sarn. (Ale nie wiem, jaki będzie dalszy „udźwig” podobnego argumentu: co się stanie, gdyby się udało — wedle hipotezy Ashby’ego i innych cybernetyków — skonstruować urządzenie bardziej inteligentne od człowieka? Czy Bóg ludzki rozum ograniczył rozmyślnie, tj. sporządził go w danej nam postaci, zezwalając jednak na wirtualne przekroczenie ustalonej granicy? Wokół takich dylematów możliwe są niezliczone spory teologiczne.)
Mimo błędu logicznego w konstrukcji opowiadanie jest ciekawe już przez fakt odstrychnięcia od udeptanych ścieżek oraz implikowaną tezę metafizyczną „pośredniej kreacji Rozumu”. Współczesna teologia nie daje na taką tezę zgody: ciało wolno uznawać, podług niej, za produkt naturalnego procesu ewolucji, lecz nie ducha, bo ten został w ciało tchnięty; aktami specjalnie stwórczymi Bóg obdarza ludzki zarodek przy jego poczęciu duszą nieśmiertelną; ale co właściwie będzie, gdy z konwejera zaczną schodzić inteligentne roboty? Czy dla każdego automatu, który opuszcza produkcyjną taśmę, także stwarza Bóg duszę? Czyli: byłżeby robot w stanie posiadać duszę nieśmiertelną? Łatwo sobie wyobrazić rozmaitego rodzaju konflikty idei, jakie by mógł zażegnąć taki stan rzeczy; lecz w tych wszystkich kwestiach Science Fiction wzięła wodę w usta. Należy przy tym zauważyć, że intencja kompromitowania wiary czy teologii może być autorowi całkowicie w tym temacie („duszy robociej”) obca. Przecież nie o złośliwe wymysły chodzi, ale o zagadnienia, które podług specjalistów urzeczywistnią się najdalej do jakichś stu lat, a fantastyka zwykła wykraczać w przyszłość nieporównanie śmielej. Inna rzecz, że to jest śmiałość kalendarzowa, sprowadzająca się do nazywania dat („46 000 lat po narodzeniu Chrystusa” np.), ale nie intelektualna."


"W innym opowiadaniu tegoż autora — 9 bilionów imion — mnisi buddyjscy, wierzący, iż wymówienie 9 bilionów imion Najwyższego sprawi, że spełnią się dzieje świata (ma on tak długo i po to istnieć, aby owe imiona zostały wypowiedziane), zamawiają nowoczesny komputer z obsługą, który rusza w Tybecie i, zaprogramowany odpowiednio, błyskawicznie wywiązuje się z tego zadania; pakując rzeczy przed wyjazdem do kraju, programiści widzą z osłupieniem, że na niebie zaczynają po kolei gasnąć wszystkie gwiazdy. Jest to też właściwie Fantasy, ponieważ jak w poprzednim, tak i w tym opowiadaniu — to, co instrumentalne i przyrodzone, wyjawia swoje związki z tym, co nadprzyrodzone.
Osobliwość — jako trudna klasyfikowalność jednoznaczna owych obu nowel — płynie wszakże stąd, że, jak się rzekło, nie mamy wiar religijnych za „czyste fantazje”.
W sytuacjach takich pomysłowość autorska atakuje czytelnika tam, gdzie nawykowo jego poglądy empiryczne odseparowane są od religijnej wiary. Strzygi lub upiory może taki czytelnik uznać za przesądy, ale nie może nazwać przesądem własnej wiary. Toteż właściwie klasyfikacja dokładna podobnych opowiadań relatywizuje się do światopoglądu odbiorcy; dla mnie wszystkie stanowią „czystą Fantasy” — natomiast osoba religijna mogłaby uznać The Star może nawet za bluźnierstwo, czyli tym samym — za refutację pewnej prawdy (metafizycznej)."


"Roboty wpadające w szał, niszczące, a nawet zabijające ludzi (np. w Fondly Fahrenheit A.Bestera), nie przez jakowąś „złość immanentną” jednak — to się nie zdarza, lecz tylko wskutek awarii, popsucia albo dlatego, że postawione im zadanie było niewykonalne; to znów z tej przyczyny, iż dostają się w sytuację, jakiej konstruktor nie przewidział "
Q__
Moderator
#38 - Wysłana: 8 Lis 2013 05:22:05 - Edytowany przez: Q__
"Damon Knight The Country of the Kind. W słonecznej, wspaniałej utopii wałęsa się wyrzutek, który został napiętnowany za popełnienie morderstwa. Nie wolno się z nim kontaktować, nie można zresztą, gdyż umyślnym zabiegiem nadano mu ohydny fetor, odrzucający od niego wszystkich. Chodząc bezkarnie po domach, niszczy ich urządzenia. W tej utopii łagodnych nikt mu się nie sprzeciwia — a tylko bohater pozostaje wszędzie sam. Jest artystą, rzeźbiarzem, ale sztuk takich utopia nie zna, są jej zbędne. Historia opowiedziana jest przez „wyrzutka” w pierwszej osobie. Jest nieszczęśliwy, tragiczny, samotny, szuka kogoś takiego jak on, pisze: Możesz podzielić ze mną świat. Nikt cię nie powstrzyma. Weź ostrą rzecz albo ciężar i uderz! To wszystko. To cię uczyni wolnym. Każdy to może zrobić. Każdy. Te słowa zamykają opowiadanie.
/../
Najlepsza nowela — Kraina łagodnych — to wynik dwuparametrycznej transformacji z inwersją. Wyjściowa jest obojnaczość artysty jako potencjalnego kreatora i destruktora, a zarazem — obojnaczość społeczeństwa jako siły represyjnej i wyswobodzającej jednostkę (poza społeczeństwem nie ma represji, ale nie ma i cywilizacji). Z każdej pary opozycji ulega wzmocnieniu jeden człon: na zejściu mamy tedy jednoznacznie „łagodną” społeczność (nawet morderca może robić, co chce, jest całkowicie bezkarny, tyle że ostrzegawczo napiętnowany; ale on, innych ostrzegając przed sobą, sam od cechy, jaką mu wszczepiono, bezpośrednio nie cierpi) oraz jednoznacznie agresywnego „wyrzutka”. Wiemy o nim wszystko (że popełnił zbrodnie), widzimy, jak niszczy, co napotyka, jak się włamuje do mieszkań, jak szaleje w nich bezsensownie (nikt mu tego nie broni), a zarazem sympatyzujemy z nim: w zasadzie nożna by się spodziewać, że na tle utopii agresywny niszczyciel będzie nas raził daleko mocniej niż chuligan na ulicy, ale tak nie jest. Co prawda przychodzi na myśl znana zasada, podług której przyznaje się racje absolutnie każdemu człowiekowi, kiedy się zasiądzie na dobre w jego skórze (koronnym dowodem Swidrygajłow, z zewnątrz monstrum przecież, lecz nieszczęsna, znękana kreatura, jak gdyby całkowicie bezwinna, gdy go „od środka” pokazuje Dostojewski).
Koncepcja, patronująca noweli Knighta, jest spokrewniona z tą, która natchnęła mój Powrót z gwiazd. Podług niej cenne są wszystkie wykrywalne w człowieku jakości i dlatego amputowanie uznanych za negatywne jest formą okaleczenia. U mnie agresja okazuje się zrośnięta ze zdolnością podejmowania wszelkiego ryzyka osobistego, u Knighta zaś widać zrost popędu destrukcji z kreacyjnym. Te hipotezy mogą zawierać ziarno prawdy, jakkolwiek nic pewnego w tym względzie nie wiemy. Knight napisał nowelę i dlatego rzecz jest poprawna strukturalnie; gorzej z Powrotem z gwiazd, ponieważ podległ on, aby tak rzec, „niedotransformowaniu."


"Toteż burzę wywołał w swoim czasie dość prosty i prymitywny utwór T. Goodwina The Cold Equations, w którym i pilot statku księżycowego jest miły oraz szlachetny, i dziewczę miłe, co na pokład statku wkradło się jako pasażerka na gapę. by brata odwiedzić (przebywającego na Księżycu), lecz „zimne równania” ruchu każą dziewczę zabić, bo na udźwig dodatkowego ciężaru pojazd nie był obliczony, wiec do celu i tak nie doleci; trzeba pasażerkę na gapę wyrzucić w próżnię kosmiczną. Ten triumf praw fizyki nad zacnymi intencjami ludzkimi był podówczas kamieniem obrazy; reakcja świadczyła, zapewne, o niezwykłym poziomie naiwności panującej w Science Fiction, która wzdrygnęła się w obliczu czegoś, co było dla niej rewelacją, a co dla racjonalnego umysłu jest trywialną starocia."

"Inwersja prosta zasadza się na regule: Skoro, to co dla nas zwykłe, dla innych jest niezwykłe, zatem to, co dla nas niezwykłe, będzie właśnie zwykłe — dla innych.
Np.: Ziemia, ponieważ obraca się wokół jednego Słońca, ma dzień i noc; a w układach gwiazd krotnych planeta może być stale osłoneczniana.
Gdy wskutek niezwykle rzadkiej sekularnie konfiguracji wielu słońc dojdzie jednak do zaćmienia wszystkich, oświetlających jedną półkulę czy jej część, zapadająca chwilowa noc wzbudzi popłoch i grozę niesłychaną wśród tubylców. Bo dla nas ciemność z gwiazdami to rzecz zwykła, a oni ani czarnego nieba, ani gwiazd nie znają. Taka sytuacja jest tematem noweli I. Asimova (The Nightfall)."


oraz twórczości ich autorów:

"Właśnie przy realizacji tak założonych wcieleń załamuje się Science Fiction fatalnie, ponieważ nie wystarczy pomyśleć jakiegoś pseudocentaura, żeby tym samym znaleźć ten kształt językowy, którym można by oddać jego życie psychiczne. Niezbędna jest tu szczególna wizyjność, naginająca artykulację do form, co oddają (a właściwie udają) stany zasadniczo niekomunikowalne ze stanowiska rzeczowego. Metoda najprostsza: produkowania asyntaktycznego bełkotu, jakiej użył np. R. Matheson /.../, jest bezwartościowa: nie każdy rodzaj bełkotu posiada głęboką strukturę semantyczną, właściwą np. pewnym tekstom poetyckim (fragmenty takie, pozornie bełkotliwe, a urzekające, spotkać można np. w Balu u Salomona Gałczyńskiego). Lecz takich wypowiedzi nie można podrobić na chłodno; chodzi o metodę, w której jakaś szczypta szaleństwa jest składową wiodącą."

"Fritza Leibera. Jest on medykiem z wykształcenia i to w tekstach niektórych widać; zresztą pisywał powieści, w które dalej niż za piątą czy dziesiątą stronę nie udało mi się zabrnąć."

ps. I jeszcze info o vol. 2:
http://en.wikipedia.org/wiki/The_Science_Fiction_H all_of_Fame,_Volume_Two
Z niego polecam klimatyczny "Vintage Season" - ponownie - Kuttnerów, oczywiście Brytyjczyków ("The Time Machine" Wellsa i "The Machine Stops" Forstera), "The Moon Moth" Vance'a (rzecz jest tak naprawdę poznawczo dość pusta, ale kunsztownie napisana i arcypomysłowa, stanowi też dobry wstęp do kosmicznej antropologii Le Guin i "Diuny"). "Earthman Come Home" Blisha to całkiem poznawczo pusta przygodówka, ale też jeden z ciekawszych, bardziej zwariowanych, wielkosklowych konceptów SF (który nawet sam Lem półgębkiem pochwalił, choć równocześnie rozjechał filozofię tegoż tekstu) i takoż godny jest uwagi (przyznam zresztą, że b. lubię ową wizję sunącego przez Kosmos Nowego Yorku); "With Folded Hands" Williamsona za młodu b. mnie poruszyło, dziś widzę raczej dobry pomysł w banalnym - typowo amerykańskim - wykonaniu. "Call Me Joe" Andersona to intelektualna porażka, ale i bodaj jedna z głównych inspiracji "Avatara", więc znać wypada. Czyli... też jest co czytać.
Kor
Użytkownik
#39 - Wysłana: 8 Lis 2013 10:32:04 - Edytowany przez: Kor
Q__, ależ ja Ci mówiłem, że z zasady nie czytam o czymś czego nie oglądałem. To samo dotyczy książek. A już w szczególności jeśli o czymś pisał patologiczny złośliwiec i megaloman - Lem (i nie powtarzaj tu mi jego mimikry, że był też wyjątkowo ostrym krytykiem samego siebie; na takie tanie wymówki stać już pięcioletnie dzieci).
Q__
Moderator
#40 - Wysłana: 8 Lis 2013 14:35:03
Kor

Kor:
A już w szczególności jeśli o czymś pisał patologiczny złośliwiec i megaloman - Lem

Który w dodatku śmiał - częściej niż w 90 wypadkach na 100 - trafiać celnie i boleśnie w samo sedno. Doprawdy, niewybaczalne...
Kor
Użytkownik
#41 - Wysłana: 8 Lis 2013 15:11:46 - Edytowany przez: Kor
Q__

To nie istotne czy trafiasz w sedno. Wszystko ma swoje wady. Istotne jak to robisz. Ja to robił Lem? Sam siebie krytykuję, och, ach. To teraz - ty ostatni...


Tak to niestety wygląda, i możesz sobie przekonywać wyznawców, że było inaczej. Lem, to był bardzo przykry człowiek. Co mu nie ujmuje jako pisarzowi w żaden sposób. Wiele parających się pisarstwem osób miało większe ego od Lema. Ale zabawne jest, jak jego fascynaci nie są w stanie tego przyznać.

To samo np. z Newtonem

Geniusz, taki czy owaki (nie uważam Lema za geniusza, chyba że literackiego), i już rozgrzeszony. On mógł. Ktokolwiek inny zrobiłby to samo - zbrodniarz, ciemnota, prymityw! Ale Lem? Nie! On miał wyższe cele i... rację

Czaicie to? Lem miał rację! Mógł więc zrobić wszystko!!! Tysiąc innych osób które miało rację, nie mogło sobie na to pozwolić? Dlaczego? Bo nie nazywali się Lem!!!
Q__
Moderator
#42 - Wysłana: 8 Lis 2013 15:39:50 - Edytowany przez: Q__
Kor

Kor:
Czaicie to? Lem miał rację! Mógł więc zrobić wszystko!!! Tysiąc innych osób które miało rację, nie mogło sobie na to pozwolić? Dlaczego? Bo nie nazywali się Lem!!!

Demonizujesz Lema... Poczytaj recenzje literackie, choćby Słonimskiego o jakiejś sztuczynie pt. "Rusałka" (piękna, bezlitosna i... wulgarna)*, albo dyskusje krytyków literackich (np. to, co pisał Boy o prof. Kucharskim i jego pracach**), nie takie rzeczy tam uchodziły.

* wybrane fragmenty "Gwałtu na Melpomenie" Słonimskiego cytowane są np. TU:
http://podaj.net/forum/viewtopic.php?p=18379&sid=0 4289215832f8605f487f43b6437d6e8#18379

** w "Obrachunkach fredrowskich":
http://biblioteka.kijowski.pl/boy-zelenski%20tadeu sz/obrachunki%20fredrowskie.pdf

Ba, ja chyba wolę przykrego Lema od modnego teraz klepania się po plecach i nie uważam, by należało negatywne - nawet b. złośliwe czy, to akurat Lema nie dotyczy, stronnicze - recenzje uznawać za coś karygodnego, czy rugować. Zwł, że takie recenzje, gdy dobrze napisane, to też kawałek krwistej literatury.

Zresztą, recenzencka szkoła Lema żyje i ma się dobrze:
http://www.startrek.pl/forum/index.php?action=vthr ead&forum=6&topic=2076&page=6#msg265772

ps. Pomijam fakt, że jak na kogoś, kto b. krytykuje styl Lema, sam zadziwiająco łatwo przyklejasz innym łatki - w dodatku z kategorii znacznie bardziej personalnych - uważasz, że wolno Ci wszystko, bo masz rację???
Kor
Użytkownik
#43 - Wysłana: 9 Lis 2013 10:48:44 - Edytowany przez: Kor
No właśnie uchodziły i uchodzą. Niektórym osobom...

Oczywiście, że przyklejam łatki. Bo sam mam z tym problem

Z kolei Ty teraz piszesz, że nie lubisz poklepywania po plecach, a zazwyczaj w większości spraw robisz wszystko, żeby rozwodnić istotę rzeczy

Jak np. bronisz ewidentnie cenzorskich (tak to się skończy jak się na to będzie pozwalać) i niedorzecznych pomysłów rodem ze Szwecji.

Cenzura istnieje. Np. w kwestii przemocy w filmach. Kategoryzacja wiekowa to jest odmiana cenzury. Więc nie zawsze cenzurowanie to koniecznie zły pomysł.

Niestety w kwestii tego szwedzkiego pomysłu, to już się robi niebezpieczne. Kolejne takie pomysły i zwyczajnie nie będziesz mógł w filmach pewnych rzeczy powiedzieć. To już zaczyna wchodzić w sferę idei, a nie obrazowania. Istnieje też różnica między próbami pouczania dzieci, a próbami pouczania dorosłych.
Q__
Moderator
#44 - Wysłana: 9 Lis 2013 12:48:16
Kor

Ja Cię zaraz poklepię i to nie po plecach... Z politycznym offtopem sio do "Polityki".
 Strona:  ««  1  2 
USS Phoenix forum / Star Trek / Co jeszcze da się powiedzieć (ciekawego) o ST?

 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!