USS Phoenix
Logo
USS Phoenix forum / Star Trek / Mirror-Universe "Sorrows of Empire" - przekład
 Strona:  ««  1  2 
Autor Wiadomość
Q__
Moderator
#31 - Wysłana: 10 Mar 2012 17:55:33
Eviva

Eviva:
Mirror-Hoshi daleko do poczciwości

Eeetam. Zrobiła bardzo dobrą rzecz. Wyprawiła Archera na tamten świat...
Eviva
Użytkownik
#32 - Wysłana: 10 Mar 2012 17:56:17
Q__

Mirror-Archer niedobry był... Dokuczał T'Pol. Należało mu się.
Q__
Moderator
#33 - Wysłana: 10 Mar 2012 17:59:09
Eviva

Mirror, nie mirror, Archerowi należało się za archerowatość...
Eviva
Użytkownik
#34 - Wysłana: 10 Mar 2012 18:36:10
Q__

Czemu aż tak nie lubisz Archera? Jest fajny i ma takiego ślicznego psa.
Q__
Moderator
#35 - Wysłana: 10 Mar 2012 18:42:01
Eviva

Eviva:
Czemu aż tak nie lubisz Archera?

Mam uczulenie na glupotę (przynajmniej cudzą).
Eviva
Użytkownik
#36 - Wysłana: 13 Mar 2012 20:48:31
Część V.
Wartość miłosierdzia.


Elaan, Dohlman Elasu, krążyła jak tygrys w klatce. Spock obserwował ciemnoskórą, okrytą klejnotami piękność, rzucającą gniewne spojrzenia w jego kierunku. Byli sami w kwaterze porucznik Uhury, którą Spock przydzielił Elaan na czas misji.
Chwyciwszy niewielki posążek z szafki dziewczyna krzyknęła:
- Nie macie prawa trzymać mnie tutaj!
Rzuciła figurką w Spocka, który uchulił się i pozwolił jej przelecieć obok. Już wcześniej ocenił, że jego rozhisteryzowana pasażerka nie zdoła dobrze wycelować.
- Jestem Dohlman! Na moim świecie...
- Nie jesteśmy na pani świecie – przypomniał jej Spock – Jesteśmy na pokładzie Enterprise. Jako pasażerka na tym statku jest pani zobowiązana uznawać moją zwierzchność.
Elaan przebiegła przez kabinę jak burza i stanęła naprzeciwko niego. Jej oczy błyszczały od łez i wyglądało na to, że zaraz się rozpłacze.
- Nie ma pan litości? Żadnego współczucia? Jestem Dohlman, urodzona by rządzić... by zdobywać!
Samotna kropla stoczyła się po jej policzku. Spock dostrzegł subtelne zaproszenie w sposobie, w jaki uniosła podbródek, zaproszenie by otarł jej łzy. Odwrócił się do niej plecami
- Wiem o właściwościach łez Elasianek, Dohlman – podszedł do stolika, stojącego pod ściana, usiadł i uniósł filiżankę z herbatą – Kontynuujmy przeglądanie protokołu przedstawienia pani kalifowi Troyian.
Stąpała bardzo cicho, jej bose stopy nie wydawały nawet szelestu na dywanie i podłodze. Zbliżyła się od tyłu, ale nie miała na celu ataku - jego wolkańskiego słuchu nic nie zaalarmowało. Już wcześniej dźgnęła nożem i poraniła Petriego, troyiańskiego ambasadora, który początkowo miał ją uczyć zwyczajów Troyianu. Ponieważ Petri nie umiał się przed nią obronić i był teraz w ambulatorium, jedynie kapitan posiadał dość wysoką rangę, by go zastąpić w tym trudnym zadaniu.
- Imperium nigdy nie wtrącało się do naszych konfliktów – powiedział Elaan, zniżając nieco głos i nadając mu miękki, uwodzicielski ton – Cesarzowa niekiedy zachęcała nas nawet do walki.
Przysunęła swój stołek bliżej stołu i ciągnęła dalej:
- A teraz przybywa pan i przekonuje kalifa Hakila by zaakceptował małżeństwo ze mną jako podstawę pokoju. Czemu?
- Rozwiązanie pozbawione przemocy jest najbardziej pożądane dla stron konfliktu. – odparł Spock.
- Nie dla mnie. Wolę raczej zabijać Troyian, do ostatniego z nich. Marzyłam o oczyszczeniu ich świata ogniem i posoleniu jego popiołów. Jak mogłabym śnić o czymś innym?
Spock wyjął komunikator zza pasa i otworzył. Potrójny sygnał oznajmił otwarcie kanału łączności.
- Przyprowadźcie go, - powiedział, a potem zamknął urządzenie i ponownie ukrył za pasem.
Chwilę później żołnierze ochrony wepchnęli do kwatery ochroniarza Elaan, Krytona. Odzież młodego mężczyzny była porozrywana, jego twarz posiniaczona i zakrwawiona.
- Został schwytany na wysyłaniu transmisji do pobliskiego klingońskiego krążownika – powiedział Spock – Spiskował z nimi w celu sabotowania naszej misji, ponieważ pragnie pani dla siebie.
- To nonsens! – krzyknęła Elaan – Jestem Dohlman!
Patrzyła w przerażeniu na Krytona, zwisającego bezwładnie w rękach dwóch żołnierzy Gwiezdnej Floty. Potem jej głos przesycił niesmak i jad.
- Jesteś żołnierzem niskiej rangi, nigdy nie mógłbyś być moim partnerem.
- Nie, dopóki jest pani Dohlman Elasu – wyjaśnił Spock bez emocji – Gdyby jednak pomógł Klingonom podbić system Tellun, oboje bylibyście sobie równi, jako niewolnicy Imperium Klingońskiego. Dla Krytona byłby to niewielki krok w dół drabiny społecznej... ale dla pani znacząca degradacja.
Elaan ponownie spojrzała na Krytona. Tym razem miejsce współczucia zajęła furia.
- Ciężko zapłacisz za tę zdradę!
Oczy ochroniarza były półprzytomne i wypełnione cierpieniem, gdy uniósł głowę.
- Zrobiłem to, co dyktowało mi serce, Dohlman – wychrypiał przez zakrwawione usta – Kocham panią....
- Nie wolno ci kochać kogoś takiego jak ja! – odwróciła się do Spocka – Kapitanie, proszę nakazać swoim ludziom usunięcie tego podłego robaka z mojej kabiny!
Kapitan skinął na strażników, którzy wywlekli Krytona na korytarz i zabrali go do brygu na egzekucję, której wykonanie Spock nakazał natychmiast po tym okazaniu. Teraz Elaan zamilkła. Spock zgadywał, że jest zdruzgotana wiadomością o tym, że jej osobisty obrońca postanowił zaprzedać ją w niewolę.
W końcu przerwała ciszę.
- Kapitanie, czy ten klingoński statek wciąż jest blisko? Czy zaatakuje ich pan, żeby chronić mój ślub z Hakilem?
- Nie – odparł Spock – Już poradziłem sobie z Klingonami.
Elaan popatrzyła na niego, zaintrygowana.
- Nie słyszałam alarmu ani odgłosów walki. Uciekli? A może ma pan z nimi jakiś własny układ?
- Nie są już dłużej częścią naszego równania. Sugeruję, by zostawiła pani tę sprawę w spokoju.
Im mniej się powie, tym lepiej. Pole Tantala pozwoliło mu odkryć zdradę Krytona; gdy udało się ustalić namiary klingońskiego krążownika, Spock mógł łatwo wyeliminować całą załogę niszczyciela, pozostawiając okręt nietknięty. Wydał też rozkaz Scottowi, by pochwycono klingoński statek wiązką trakcyjną i odholować go do Bazy Gwiezdnej nr 12 celem przeprowadzenia dokładnych analiz aparatury i uzbrojenia. Było to dodatkowe utrudnienie, ale warte zachodu, jeśli chciał ukończyć misję.
- Uratowałem panią przed staniem się niewolnicą Klingonów – powiedział – I mogę też oszczędzić pani poniżenia bycia zniewoloną przez Imperium. Proszę poślubić Kalifa Tryius i położyć kres wojnie między waszymi światami. Połączcie się po to, by moc się bronić, a będziecie mogli negocjować z pozycji siły cenę waszych towarów.
- Jakich towarów, kapitanie? – spytała Elaan z powątpiewaniem.
- Choćby takich jak ten – powiedział Spock. Dotknął klejnotu, otaczającego szyję Elaan, a złożonego z nieregularnych kryształów – To dylit. Twoja planeta obfituje w jego złoża jeszcze bardziej niż planeta Halkanow, a nawet Coridan. Elas i Troyius mają największe zasoby wysokowartościowego dylitu w znanej nam przestrzeni.
- Ależ imperialni inżynierowie zbadali nasza planetę dziesięć lat temu – przerwała mu zaskoczona Elaan – Powiedzieli, że nie znaleźli nic cennego.
- Skłamali – rzekł Spock – Wasze światy są dobrze uzbrojone i ufortyfikowane. Podbicie ich byłoby dla Imperium bardzo kosztowne. Łatwiej było prowokować was do walki miedzy sobą, co osłabiłoby wasze światy tak, że wreszcie nie oparłyby się inwazji Imperium.
Spojrzenie Elaan stawało się coraz ostrzejsze, w miarę jak docierało do niej więcej rzeczy.
- Czemu mówi mi pan o tym właśnie teraz?
- Ponieważ Klingoni najwyraźniej są gotowi na to, żeby podbić wasze światy siłą, a na to Gwiezdna Flota nie może pozwolić. Mam rozkazy, by powstrzymać wasz konflikt siłą i opanować wasze światy przygotowując je do okupacji.
- Zatem moje małżeństwo...?
- To mój własny plan – potwierdził jej przypuszczenia – Gdy Klingoni spróbują zaanektować wasze światy. lepiej żebyście byli zdolni sami oprzeć się ich atakom. To zredukuje liczbę statków Gwiezdnej Floty i personelu, który musiałby was bronić, a także pozwoli wam na zachowanie autonomii.
- Rzeź byłaby szybsza. – powiedziała Elaan.
Ale mniej efektywna. I kosztowniejsza. Byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby udało się zachować pokój bez oddawania się pod władzę Imperium.
Po raz pierwszy, odkąd zobaczył Elaan, uśmiechnęła się do niego.
- Mówi pan prawie jak mąż stanu – powiedziała – Mówię „prawie”, bo jeszcze nie słyszałam żadnego, który by mówił tak racjonalnie.
P- rzyjmuje więc pani moją propozycję? Poślubi pani Kalifa Hakila?
Dziewczyna przytaknęła entuzjastycznie.
- Zrobię to. I dużo więcej. Gdy nasze światy już raz zostaną połączone, zadbam o nasze prawa do wydobycia dylitu i nie oddamy go Imperium.
Zanim Spock zdążył poradzić jej właściwy kierunek polityczny po unii z Troyiusem, dodała:
- Użyczę go jedynie panu, Spock,
Położyła się swobodnie na łóżku.
- Jako dowód mojej trwałej wdzięczności.
- To bardzo miłe – odpowiedział, w pełni świadomy, co to oznacza. Kontrolując dostawy dylitu o tak wielkiej mocy Spock mógł być pewny awansu na admirała. To było więcej, niż się spodziewał – chciał jedynie zapewnić sobie na przyszłość przychylność Elaan. Zamiast tego stała się jego patronką i to bardzo hojną do tego.
- Być może – pomyślał – Nie doceniłem wartości miłosierdzia. Jeśli ma taki wpływ na jednostkę, jak wpłynie na wielu?
Będzie musiał się przekonać.
sabinasoad
Użytkownik
#37 - Wysłana: 17 Mar 2012 18:28:56
nie chcę zaśmiecać tematu(nie wiem gdzie indziej to napisać), ale wiem, że prowadzisz/prowadziłaś blog. Chodzi konkretnie o ten http://enterprise-pl.blog.onet.pl/ problem w tym, że nie wiem gdzie kliknąć, żeby żeby wyświetlił mi się ten fanfick ;)
Eviva
Użytkownik
#38 - Wysłana: 20 Mar 2012 10:01:11 - Edytowany przez: Eviva
sabinasoad

Pisz na eviva66@gmail.com. Tu na razie zaglądać i tak nie będę, bo moja wizja zarówno forum, jak i samych trekkerów jest odmienna od tutaj cenionej i preferowanej.
Również słowo "tolerancja" pojmuję w sposób odmienny niż tutejszy vox populi, a sam jego sens wolę stosować do kogoś, kto jest blisko mnie, niż do kogoś, kto znajduje sie na drugiej półkuli i jedna cholera dla niego, czy go kocham, czy nienawidzę.
I żeby uniknąć komentarzy, zamykam temat.
Eviva
Użytkownik
#39 - Wysłana: 16 Paź 2012 08:37:07
Kontynuuję zamieszczanie przekładu na prośbę Elaan.

================================================== ====


- Najpierw Halkanie, potem sprawa z Coridianami – szepnął Montgomery Scott – Teraz traktat pokojowy? To cholernie dziwne.
Razem z nim był McCoy i Uhura, Spotykali się w bezpiecznym miejscu – na jednym z najniższych pokładów Enterprise. Scott osobiście przeszukał całe otoczenie, szukając urządzeń podsłuchowych. Nie było na całym statku miejsca, zapewniającego większą prywatność.
- Zgadzam się z tym – powiedział McCoy, opierając się o barierę ochronną – Spock zachowuje się dziwnie od czasu misji na planetę Halkanów, kiedy to prosił kapitana Kirka, by nie niszczył ich planet.
W oczach Uhury zamigotało coś twardego i groźnego.
- Nasi odpowiednicy – powiedziała – Z innego wszechświata. Myślę, że go przekabacili.
- Tego nie wiemy, mała – rzekł Scott – Nie możesz tego udowodnić.
Głos McCoya stał się ostry.
- Nie musisz tego udowadniać. Gwiezdna Flota nakazała Spockowi ujarzmić Elas i Troyius, a on przybył tu i uczynił ich silniejszymi niż kiedykolwiek, a potem zabezpieczył swoje prawa do ich dylitu. Nie posłuchał rozkazów, Scotty – możesz go za to zabić.
- Nie bez rozkazów z dowództwa – odparł Scott – Wypełniam raporty, ale nic się nie dzieje.
Odepchnąwszy się od bariery Uhura spojrzała na niego z gniewem i frustracją.
- Tak jakby był chroniony przez bogów! Nie słuchał kapitana Kirka i nic. Przejął statek i nic! Przeciwstawia się dowództwu i nic! Tak jakby się go bali.
- Bo może tak jest – powiedział McCoy – Po tej sprawie z klingońskim statkiem bojowym sam zaczynam się go trochę bać.
- Właśnie – przytaknął Scott – Ty tego nie widziałaś, mała. Cały statek był pusty, jakby załoga po prostu zniknęła.
Jego spojrzenie stało się odległe i pełne przerażenia, a jego głos, już spokojny, stał się cichszy i niższy:
- Stoły w mesie były zastawione na wpół opróżnionymi talerzami, sos na nożach wciąż mokry. Na wpół oczyszczona para butów leżała na podłodze, a obok niej szczotka z pastą. Można było powiedzieć, co robił każdy członek załogi, zanim zniknął.
Spojrzał Uhurze w oczy.
- I ani kropli krwi nigdzie. Żadnego śladu fazerowych osmaleń, żadnego zwęglenia nigdzie, żadnych oznak walki. Tylko kawałki ich życia rozrzucone dookoła. Nigdy nie widziałem broni, która mogłaby zrobić coś takiego.
Uhura wyglądała na sceptyczną.
- A więc co to zrobilo, panie Scott? Magia? Wróżki i elfy? Dżinn z butelki?
McCoy rozłożył ręce i wzruszył ramionami.
- Może legendy nie kłamią – powiedział – Nawet na studiach medycznych słyszałem o psionicznej mocy Wolkan. Niektórzy ludzie myślą, że Wolkanie są telepatami. Inni uważają, że potrafią oni podróżować bez ciał lub przewidywać przyszłość.
Uhura wywróciła oczami.
- A w co pan wierzy?
- Nie wiem, w co wierzyć. Wiem jednak, że trzy dni temu krążownik Klingonów zaatakował nas w systemie Tellun. Mniej niż godzinę po tym, jak Spock go zobaczył, statek przeszedł w dryf, a wszedłszy na pokład przekonaliśmy się, ze cała załoga znikła bez śladu.
Scott wodził oczami od McCoya do Uhury, unosząc brwi w niemym błaganiu.
- Przyznaj, Uhura, to raczej zbyt dziwne na zbieg okoliczności.
- Jednak nie mamy dowodów – odparła – Nie możemy wysłać wiadomości do dowództwa Gwiezdnej Floty, że Spock używa jakichś odziedziczonych po przodkach umiejętności telepatycznych, by zgnieść swych wrogów.
- Nie gadaj – warknął McCoy – Prawdopodobnie daliby mu medal i nazwali bohaterem Imperium.
Weszli głębiej w cień i przez chwilę stali w milczeniu.
- A więc – powiedziała w końcu Uhura – Co powinniśmy zrobić?
- Nic nie możemy zrobić – Scott potrząsnął głową – Nie mamy żadnego dowodu na skompromitowanie Spocka i Gwiezdna Flota nie pozwoli nam na podjęcie żadnej akcji.
- Może mógłbym ogłosić go niestabilnym umysłowo – powiedział McCoy – Mógłbym powiedzieć, że złamanie traktatu było nieracjonalne i...
- A on wymieni pół tuzina powodów dla których było to całkowicie logiczne – uciął Scott – Powinien pan już wiedzieć, że spieranie się z logiką Spocka jest bezcelowe.
W tym momencie Uhura straciła do reszty cierpliwość.
- Posłuchajcie sami siebie! – krzyknęła odskakując w tył, byle dalej od dwóch mężczyzn – Nic nie możemy zrobić, to bezcelowe... Nie jesteście mężczyznami! Mężczyźni by walczyli! Mężczyźni wyeliminowaliby Spocka już teraz, zanim rozwinie skrzydła. Ale wy boicie się zachować jak mężczyźni... a więc ja to zrobię!
Wyciągnęła sztylet zza cholewy buta. Scott próbował zastąpić jej drogę do drzwi, ale nie był wystarczająco szybki. Odepchnęła go i znalazła się na korytarzu.
- Dokąd to, dziewczyno? – krzyknął – Co ty chcesz zrobić?!
- To, co pan powinien zrobić, panie Scott! Zabiję kapitana Spocka, zanim...
Pomieszczenie wypełnił nagły błysk światła i jakiś wysoki, nieomal muzyczny odgłos – otoczyły Uhurę i nim znikły, już jej nie było. Ani kropli krwi. Ani śladu fazerowego osmalenia. Żadnego znaku, że kiedyś tu była Wszystko, co Scott mógł zrobić, to trwać bez ruchu i gapić się na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała. Usiłował opanować jakoś przerażenie, które go wypełniło, gdy uświadomił sobie, ze i jego mógł spotkać ten sam los. McCoy wydawał się być podobnie zdruzgotany. Ich pełne lęku milczenie przerwał świstek interkomu, po którym odezwał się baryton kapitana Spocka:
- Spock do pana Scotta.
Wymieniwszy przerażone spojrzenia z McCoyem Scott podszedł do najbliższego panelu i otworzył zakodowany kanał, który nie ujawniał ich lokalizacji – na wszelki wypadek.
- Tu Scott.
- Panie Scott, proszę natychmiast przyjść do mnie na mostek. Musimy przedyskutować grafik dyżurów.
Jakieś chore przeczucie ścisnęło wnętrze Scotta. Wiedział, co nastąpi, jednak schemat tej sytuacji wymagał od niego grania najdłużej, jak się da.
- Grafik,sir?
- Tak, panie Scott – głos Spocka brzmiał złowieszczo – Wygląda na to, że mamy wakat na stanowisku głównego oficera łączności.
Elaan
Użytkownik
#40 - Wysłana: 16 Paź 2012 13:54:42
Eviva

Dziękuję i czekam na więcej.

Eviva:
Nawet na studiach medycznych słyszałem o psionicznej mocy Wolkan. Niektórzy ludzie myślą, że Wolkanie są telepatami. Inni uważają, że potrafią oni podróżować bez ciał lub przewidywać przyszłość.

Mirrorowy McCoy zabobonny niczym sabińska babka? A to niespodzianka!
Eviva
Użytkownik
#41 - Wysłana: 19 Paź 2012 18:11:10 - Edytowany przez: Eviva
Na każdym statku plotki szybko się rozchodzą, jednak niektóre z nich roznoszą się szybciej niż inne.
- Słyszałem to wprost od doktora M’Bengi – szeptał nerwowo porucznik Robert D’Amato przy stole w mesie – A on to słyszał wprost od doktora McCoy.
- To po prostu niemożliwe – powiedział porucznik Winston Kyle, wąchając podejrzliwie swoją zupę – Ludzie tak po prostu nie znikają.
- Pan Scott też to widział – rzekł D’Amato – Po prostu cyk, i zniknęła. Ani krwi, ani popiołu, nic.
- Wielkie halo – stwierdził Kyle – Fazer nastawiony na pełną moc zrobi to samo. Widziałem to setki razy.
- Ale w tym pomieszczeniu nie było żadnych fazerów. Sprawdzano trzy razy i nic.
Kyle przełknął pełną łyżkę zupy i potrząsnął głową.
- Jeśli mnie pytacie, to powiem, że to pewnie pan Scott i doktor McCoy ją zabili, a potem wymyślili tę głupią historię.
Porucznik Michael DeSalle, którego pan Scott mianował głównym inżynierem na swoje miejsce, postawił swoja tacę obok nakrycia Kyle’a i przyłączył się do rozmowy.
- Uważajcie, co mówicie – przestrzegł kolegów, zniżając głos – Kapita Spock słyszy wszystko.
Kyle wywrócił oczami.
- Ty też cierpisz na paranoję?
DeSalle wzruszył ramionami.
- Ostrożność popłaca na tym statku. Zresztą zawsze popłaca. Wiecie to dobrze.
Ukroił kawałek piersi kurczaka, wyglądającej jak guma.
- Słyszałem, że Palmer dostała robotę Uhury. Ona trzyma się z daleka od Scotta.
D’Amato potrząsnął głową.
- Nie wiem. Ja słyszałem, że Scotty nie wywinie się z tego.
- Zapomnij – rzekł Kyle – Pamiętacie tę sprawę na Argelius II? Trzy martwe kobiety, wszystkie dowody wskazują na Scotta i oskarżenie upadło.
- Dzięki Kirkowi. Każdemu z nas oddał jakąś przysługę w tym rodzaju.
- To właśnie powiedziałem. Ma swoją historię. A wiecie, że McCoy musiał pomóc w pogrzebaniu tych raportów. Łatwiej więc uwierzyć, że Scott załatwił Uhurę i zniszczył dowody, zamiast w to, że jakiś Wolkanin uprawiał czary mary.
DeSalle napił się i uniósł brwi.
- Nie bądź taki szybki w spisywaniu wolkańskich mocy na straty. Jeśli potrafią zrobić połowę tego, co się o nich mówi, powinniśmy się cieszyć że jesteśmy siedmiokrotnie liczebniejsi.
- Powinniście słyszeć, co dr M’Benga mówił o Wolkanach – powiedział D’Amato – Praktykował wśród Wolkan. Widział rzeczy, w które byście nie uwierzyli. Mówił, że potrafią czytać myśli, przekazywać sugestie wprost do umysłu, nawet kontrolować słabsze umysły z odległości. A ich najstarsza legenda mówi, że są Wolkanie zdolni do zabijania przeciwników siłą swego umysłu - niszczyć umysł, a nawet wymazywać ze świata.
- Chyba ktos tu opił się znowu romulańskim ale. – mruknął Kyle do DeSalle’a.
D’Amato stracił cierpliwość.
- Nie wierzycie mi? Spytajcie M’Bengę, on wam powie.
- Może to udowodnić? A może też zwariował?
- Myślę, że o czymś zapominasz. – powiedział DeSalle. Odwróciwszy się z wolna ku niemu Kyle spytał:
- O czym?
Po twarzy DeSalle’a przemknął uśmiech.
- Krążownik Klingonów. Cala załoga znikła, tak jakby została teleportowana w przestrzeń.
- Och, śmieszysz mnie – parsknął Kyle – Nie przyszło ci do głowy, że mógł to być zwykły podstęp? Jakiś zakamuflowany romulański statek ściągnął ich na pokład w ostatniej chwili. Dla kapitana Spocka musiałoby być trudne sprawienie, by oni wszyscy zniknęli.
- Nie ma dowodów na to, by w pobliżu byli jacyś Romulanie. – bronił swego D’Amato.
- Ani na to, by można było kogokolwiek teleportować zza kamuflażu – dodał DeSalle. Kyle przytaknął.
- Dokładnie. Nie ma też dowodów na psioniczne możliwości Wolkan, pozwalające na wyparowywanie ludzi. Jednak które wyjaśnienie brzmi lepiej?
Ponieważ przez kilkanaście sekund nikt nie odpowiadał, potrząsnął głową z niesmakiem, wstał i podniósł swoją tacę.
- I wy nazywacie się ludźmi nauki. – prychnął, odchodząc wraz ze swym na wpół zjedzonym lunchem.
D’Amato i główny inżynier patrzyli, jak Kyle odchodzi przez mesę, a potem wrócili do jedzenia.
- Historia Kyle’a ma jednak więcej sensu. – przyznał po chwili D’Amato.
- Wiem – odparł DeSalle. Wypchał sobie usta następnym kęsem kurczaka, zanim dodał – Ja jednak wciąż myślę, że M’Benga mówił prawdę.
Rozglądając się, czy nikt nie podsłuchuje, D’Amato wyszeptał:
- Ja też.


Nie zabrało wiele czasu, a te historie rozeszły się po całym Enterprise. Wiadomość wysłana przez łączność podprzestrzenną rozniosła słowa kapitana Spocka po całym Imperium. Historie opowiadane na przepustkach i przez przeniesionych załogantów, szeptane wśród oficerów, urastały do nieprawdopodobnych bajek. W ciągu kilku miesięcy moce Spocka stały na równi ze starymi wolkańskimi mitami. Jego imię stało się synonimem siły a strach, który wzbudzał, równoważył jego reputacje miłosiernego, skłonnego do kompromisów i hamował tych, co mogli by mu się przeciwstawić. Wielu pytało:
- Czemu ktoś, kto może zniszczyć każdy opór, woli promować pokój?
To pytanie dręczyło też cesarzową Hoshi Sato III. Siedząc u szczytu podłużnego stołu przewodniczyla zebraniu doradców w pokoju narad cesarskiego pałacu na Ziemi. Zbudowany głęboko pod powierzchnią planety ten owalny pokój był oświetlony przez wiele ekranów, zawieszonych na ścianach.
- Wielki Admirale Garth, gdzie jest teraz kapitan Spock? – spytała cesarzowa.
Rozmowy przy stole ucichły, gdy Wielki Admirał Leonard Kelvar Garth wstał i odpowiedział młodej monarchini:
- Najjaśniejsza Pani, kapitan Spock i Enterprise wracają właśnie ze szczęśliwie zakończonej misji w Romulańskiej Strefie Neutralnej. Są w drodze do Bazy Gwiezdnej nr 10 i holują schwytany romulański krążownik.
- A co z romulańską załogą? – spytała Sato.
Garth zawahał się krótko, nim odpowiedział:
- Wyeliminowana, Najjaśniejsza Pani. Statek jest pusty.
Wokół stołu rozległ się nerwowy szmer. Cesarzowej nie spodobał się lękliwa wymowa tego meldunku. Spytała ostro:
- Co to znaczy, admirale?
Garth nerwowo poruszył głową.
- Drużyna abordażowa nie była w stanie tego ustalić.
- Ale statek był obsadzony, gdy Enterprise się z nim skontaktował, prawda?
- Tak, Najjaśniejsza Pani. – przytaknął admirał. Sato skinęła powoli głową. Jej pytanie nie miało na celu nic innego poza zdenerwowaniem admirała i pozbawieniem go poczucia bezpieczeństwa. Zasiadła na tronie mniej niż dziewięć miesięcy temu i za żadną cenę nie chciała okazać słabości.
Co zrobiłaby pierwsza Hoshi Sato?
Użyłaby pewnie swojej taktyki by odwrócić scenariusz na swoja korzyść – albo, w ostateczności, by zmniejszyć kryzys, zanim stanie się politycznym zagrożeniem.
- Jeśli pamięć mnie nie myli, admirale, w podobnych okolicznościach kapitan Spock zdobył klingoński krążownik, i to zaledwie kilka miesięcy temu, prawda?
- Tak, Najjaśniejsza Pani. – powiedział Garth.
- A on i jego sukcesorzy mają zapewniony wyłączne prawa do kopalń dylitu w systemie Tellun?
Garth ponownie potwierdził jej słowa.
- Zatem wydaje mi się, że kapitan Spock jest bardziej pomysłowym oficerem, niż oczekiwaliśmy – Sato podniosła głos tak, by słyszeli ją wszyscy przy stole – Admirale Garth, proszę przesunąć kapitana Spocka na szczyt listy awansów jako kandydata na nowego admirała.
- Jak sobie Najjaśniejsza Pani życzy – odpowiedział Garth – Ale powierzenie mu takich wpływów może być niebezpieczne.
Sato uniosła brwi.
- Jest rzeczą jasną, że Spock jest już niebezpieczny – powiedziała – Ostrożność nakazuje uczynić go sprzymierzeńcem.
- A jeśli promocja do tej rangi jedynie podsyci jego ambicję...? – Garth nie wydawał się być przekonany. Cesarzowa odpowiedziała swym melodyjnym głosem, zabarwionym groźbą:
- W takim razie uczynimy z niego przykład.
Eviva
Użytkownik
#42 - Wysłana: 27 Paź 2012 18:11:39
2269
Część VI. Głos władzy


- Witamy na Elba II, kapitanie Spock. – powiedział Wielki Admirał Garth, znany też jako Garth z Izar. Przystojny, siwowłosy oficer wskazał na towarzyszącą mu uwodzicielską Orionkę.
- Oto moja pierwsza nałożnica, Marta.
Zielonoskóra kobieta skłoniła się Spockowi i uśmiechnęła się, usiłując ukryć błyski szaleństwa w oczach. Spock powitał Gartha i jego konkubinę lekkim ukłonem.
- Dziękuję, admirale. Pozwólcie, że przedstawię wam moją żonę, podkomandor Marlenę Moreau.
Wskazał gestem Marlenę, która skłoniła głowę przed Garthem, a potem rzuciła krótkie, lecz zabójcze spojrzenie Marcie.
- Przyjemność po mojej stronie. – powiedział Garth, oddając ukłon i wskazał na pełną dygnitarzy salę balową za nim – Bankiet czeka, kapitanie.
Garth i Marta zaprowadzili Spocka i Marlenę na przyjęcie. Między gośćmi, zgromadzonymi w sali balowej budynku rządowego na Elba II było wielu wysokich ranga przedstawicieli Admiralicji oraz jakiś tuzin członków lokalnych władz. Każdemu towarzyszyła żona bądź kochanka, a kilku miało ze sobą również ochroniarzy.
Marlena ścisnęła znacząco ramię Spocka.
- Czy to nie wspaniałe? – spytała, wodząc oczami od jednego dostojnika do drugiego.
- Admirale – powiedział Spock do Gartha – Chciałbym panu podziękować za to, że zechciał pan osobiście poprowadzić moją ceremonię.
Wielki Admirał Floty klepnął kordialnie Spocka po plecach.
- Cały zaszczyt po mojej stronie, kapitanie. Pana zwycięstwo nad M-5 jest niemal tak sławne jak moje zwycięstwo na Axanar.
Zniżywszy glos i uniósłszy jedną brew dodał ze szczerym podziwem:
- I jeśli mogę tak powiedzieć, pańskie zwycięstwo było dwa razy bardziej bezwzględne. Poświęcenie Hooda i Lexingtona było genialne. Gdyby to Wesley o tym pomyślał, ten bankiet byłby na jego cześć.
- Rzeczywiście. –
odpowiedział Spock. Pozwolił, by Wielki Admirał przedstawił go zgromadzonym. Wymienianie wzajemnych uprzejmości trwało około godziny, a gdy dobiegło końca, podniecenie Marleny zdążyło zmienić się w zmęczenie i znudzenie.
Szczęśliwie sama ceremonia była krótka i rzeczowa. Stojąc obok Spocka pośrodku sali Garth powiedział tylko tyle, ile wymagał regulamin Gwiezdnej Floty w punktach dotyczących promocji na wyższy stopień i przypiął do munduru Spocka nowe insygnia. Potem zawołał boliańskiego kelnera, wziął dwa kieliszki deltańskiego szampana z tacy i podał je Spockowi i Marlenie. Potem wziął jeszcze dwa, dla Marty i dla siebie. Wzniósł drinka i głośno oznajmił:
- Toast za najnowszego admirała Gwiezdnej Floty! Oby był pan znany wyłącznie ze swej siły i chwały!
- Siła i chwała!
– odpowiedział chór głosów
Spock skinął głową w podzięce dla dostojników, pijących teraz jego zdrowie.
Jedyny VIP w sali, któremu Spock i Marlena nie zostali jeszcze przedstawieni, przedarł się przez tłum i uśmiechnął się do nich.
- Admirale Spock, komandor Moreau – powiedział dobrze ubrany mężczyzna o azjatyckiej aparycji – Jestem gubernator Donald Cory. Przepraszam, ze nie było mnie na ceremonii, ale byłe zajęty pewną oficjalną sprawą.
- Niepotrzebnie pan przeprasza, gubernatorze. –
powiedział Spock, uścisnąwszy jego rękę. Marlena również podała mu dłoń, którą gubernator szarmancko ucałował. Potem spoważniał.
- Pozwoli pan, że złożę panu kondolencje z powodu śmierci doktora McCoy. Xenopolycythemia to paskudny sposób na to, by umrzeć.
- Rzeczywiście
– odparł Spock – Utrata tak dobrego lekarza jest rzeczą niefortunną. Szczęśliwie dr M’Benga będzie świetnym następcą.
- Miło to słyszeć
– Garth skinął głową – Na prośbę Wielkiego Admirała ofiaruję panu mój apartament na tę noc. Jest to jeden z pana przywilejów jako nowego admirała.
- Jest pan zbyt uprzejmy, gubernatorze. Robi nam pan zaszczyt.
- Świetnie. Apartament jest gotowy. Mogą państwo odpocząć tam w czasie wolnym od zajęć.
- Dziękuję, gubernatorze
– powtórzył Spock i skinął głowa Garthowi - Admirale...
Ujął delikatnie ramię Marleny i poprowadził ją do do pobliskiego bufetu. Czuł, że Garth i Cory ciągle ich obserwują. Gdy tylko znaleźli się poza zasięgiem ludzkiego słuchu, Marlena wyszeptała do Spocka:
- Nie ufam im.
- Ja też nie
– odparł Spock – Sam fakt, że Admirał Garth zaaranżował nasze pozostanie pod powierzchnią planety świadczy o tym, że chce, by jego agenci nas obserwowali.
Wziąwszy czysty talerz i uśmiechnąwszy się przy tym, Marlena rzekła:
- Innymi słowy, jesteśmy w pułapce.
- Dokładnie.
- potwierdził Spock. Jego żona wzięła duży widelec i przełożyła nim krążek ananasa z wazy na swój talerz.
- Więc wyeliminujmy ich teraz, prewencyjnie.
- Nie. Nasza akcja musi być stosowna do okoliczności. Dopóki Wielki Admirał nie ujawni swych intencji, musimy się wstrzymać.
- Więc nic nie zrobimy?
- spytała Marlena i włożyła sobie do ust kęs ananasa. Rzuciwszy nieznaczne spojrzenie na Gartha i Cory’ego Spock odpowiedział:
- Wstrzymanie się z działaniem nie oznacza braku ostrożności. Następny ruch należy do Gartha. A ostatni... będzie nasz.
Elaan
Użytkownik
#43 - Wysłana: 27 Paź 2012 20:06:04
Eviva:
- Wstrzymanie się z działaniem nie oznacza braku ostrożności. Następny ruch należy do Gartha. A ostatni... będzie nasz.

Biedny Garth. Granie w szachy ze Spockiem o własną głowę to zły pomysł.
Eviva
Użytkownik
#44 - Wysłana: 27 Paź 2012 20:09:37
Elaan

Przekonasz się że bardzo zły
Elaan
Użytkownik
#45 - Wysłana: 27 Paź 2012 20:19:47
Eviva

Chętnie o tym poczytam z całkiem mirrorowo-trekową wredną satysfakcją.
Eviva
Użytkownik
#46 - Wysłana: 3 Lis 2012 19:55:49 - Edytowany przez: Eviva
Garth stał nago w sypialni swego prywatnego apartamentu w rządowej rezydencji na Elba II.
- Już czas. – powiedział do Marty.
Używając techniki przemiany molekularnej, której nauczył się wiele lat temu od Antosian, Garth zmienił swój kształt, stając się bliźniaczą kopią admirała Spocka Imitując głęboki baryton Wolkanina spytał swą konkubinę:
- I jak wyglądam, moja droga?
Marta przesunęła dłońmi po jego piersi i popatrzyła na niego z pożądaniem.
- Dostatecznie dobrze, by cię zjeść.
Powściągając chęć, by od razu zaciągnąć go do łóżka, dodała:
- Chyba polubię tę grę.
Garth chwycił Martę za ramiona i potrząsnął nią.
- To nie gra, kochanie. To wojna
- Wszystko psujesz.
– mruknęła zła i rozczarowana, siadając na łóżku.
Spojrzał w lustro, przyglądając się szczegółom swej nowej anatomii.
- Spędziłem cale lata, obserwując Kirka. Nigdy bym nie pomyślał, że to jego wolkańskiego oficera będę się musiał obawiać.
Jedna z jego brwi była chyba za ostro zarysowana, poprawił to.
- Odkąd Kirk usunął Pike’a, zawsze podejrzewałem, że ma jakąś tajną broń.
Zadowolony ze swego wyglądu odwrócił się do Marty.
- Sądząc ze służbowych zapisków Kirka prawdopodobnie znalazł coś w domu horrorów doktora Adamsa na Tantalusie.
- A teraz ma to Spock.
– powiedziała Marta, wyraźnie zadowolona ze swych zdolności dedukcyjnych. Imitując swój pierwowzór Garth uniósł jedną brew.
- Rzeczywiście.
Sięgnął po komunikator zaprogramowany tak, by duplikować sygnał używany przez urządzenie Spocka.
- Jeśli mam rację i Spock przejął jakąś superbroń po Kirku, to jest on dziesięciokrotnie groźniejszy niż Kirk był kiedykolwiek. Kirk był bandytą, pragnął jedynie władzy i chwały. Natomiast ten Wolkanin... on twierdzi, że jest reformatorem. Władza go nie zadowala. Nie zatrzyma się, póki nie rozerwie Imperium na kawałki.
- Cóż więc? Zabij go. –
powiedziała Marta.
Garth skrzywił się nieznacznie na te słowa.
- Nie, póki nie znajdę tej broni, kochanie.
Delikatnie wziął ją pod brodę i uniósł jej twarz ku sobie.
- Teraz prześlę się na pokład Enterprise jako Spock, przeszukam jego kwaterę i znajdę to urządzenie Gdy już będę je miał, skończę ze Spockiem, z jego żoną i jego starszymi oficerami.
Przesunął palcami po policzku Marty i po jej włosach, czarnych jak bezgwiezdna noc.
- A potem, kwiatuszku, złożymy wizytę cesarzowej Sato III i przejmiemy jej tron dla nas.
Otworzył komunikator i włączył kanał.
- Spock do Enterprise.
- Tu Scott
– zabrzmiała odpowiedź – Proszę mówić, admirale.
- Jeden do przesyłu.
- Aye, sir –
odparł komandor Scott – Królowa na pole trzy.
Garth nie był w nastroju do rozwiązywania rebusów.
- Panie Scott, powiedziałem: ściągnijcie mnie na pokład.
- A ja powiedziałem: królowa na pole trzecie.
– powtórzył uparcie Scott.
Czemu pierwszy oficer Enterprise tak się upierał?
- Nie mamy na to czasu, panie Scott. Proszę ściągnąć mnie na pokład.
- Wypełniam pana rozkazy, admirale. Królowa na pole trzecie.

Garth zmusił się, by powściągnąć gniew. Spock w jakiś sposób dowiedział się o jego zdolnościach zmiany kształtu i zabezpieczył się przed wtargnięciem oszusta na pokład statku. Po krótkiej pauzie Garth powiedział:
- Bardzo dobrze, panie Scott. Skontaktuję się później. Bez odbioru.
Zamknął komunikator, po czy uderzył pięścią w najbliższą ścianę i wydał z siebie ryk furii, przybierając ponownie swój właściwy kształt. Wreszcie wybuchnął:
- Przeklęty półwolkański bękart! Może nie zdołam dostać się na Enterprise, ale wciąż mogę rozkazać rozwalić go w kawałki!
Ponownie otworzył swój komunikator i nastawił kanał wywoławczy swego flagowca.
- Garth do cesarskiego...
To były ostatnie słowa, jakie kiedykolwiek powiedział. Nim jego zastępca miał czas odpowiedzieć, błysk światła pochłonął postać Gartha, a ostatnia rzeczą, którą usłyszał, był przerażający krzyk Marty. Marlena ponownie położyła koniec wskazującego palca na włączniku Pola Tantalusa i uciszyła histeryzującą Martę na zawsze. Potem przełączyła urządzenie w stan spoczynku. W kwaterze Spocka na Enterprise rozległ się cichy szmer zasuwanego panelu, a potem zapadła cisza, w której słychać było tylko cichy szum silników i systemu wentylacyjnego.
Jej rola była skończona, wyjęła więc komunikator zza pasa i otworzyła go.
- Marlena do Spocka.
- Tu Spock.
- Masz wolną drogę.
- Przyjąłem. Pozostań w kontakcie.

Marlena zamknęła komunikator. Kilka sekund później w pokoju pojawiła się wirująca kolumna świetlistych cząstek, formująca się kilka metrów od młodej kobiety. W powietrzu zabrzmiał melodyjny brzęczyk transportera i Spock przybrał materialną postać. Jak tylko znikły ostatnie iskry, podszedł do Marleny.
- Dobra robota. – powiedział. Minął ją i udał się do sypialni. Podążyła za nim.
- Skąd dowiedziałeś się o możliwościach Gartha?
- To była jedna z wielu tajemnic zapisanych w logach kapitana Kirka
– wyjaśnił Spock, zdejmując tunikę munduru – Zbadał historię Gartha z Antos IV i wykrył, co się tam stało. Pomyślałem o potwierdzeniu zdolności Gartha przed wizytą, ale to było niemożliwe. Mimo to udało mi się obrócić te zdolności przeciw niemu.
Wciąż ożywiona zastrzykiem adrenaliny Marlena przytuliła się do pleców męża.
- Mądra decyzja, kochanie. Teraz, gdy on zniknął, flota należy do ciebie jako wielkiego admirała.
Spock odstąpił od niej i odwrócił się.
- Nie. - powiedział.
Brwi Marleny ściągnęły się w gniewie i pomieszaniu.
- Czemu nie?
- To za szybko
– odparł Spock – Zostałem admirałem mniej niż pięć godzin temu. Gdybym teraz sięgnął po ten tytuł, zasłużyłbym na pogardę każdego wyższego oficera we Flocie. Poza tym ranga Wielkiego Admirała może zostać nadana wyłącznie cesarskim dekretem. Jeśli cesarzowa odmówi mi poparcia po samowolnym przejęciu rangi, moja własna załoga będzie zmuszona mnie zabić.
Osunąwszy się na łóżko Marlena poczuła, jak wypełnia ją fala rozczarowania.
- Innymi słowy nigdy nie będziesz Wielkim Admirałem.
Jej uwaga ściągnęła na nią twarde spojrzenie Spocka. Czując, że musi się wytłumaczyć, dodała:
- Wiesz, że Cesarzowa nigdy na to nie pozwoli.
- Owszem, pozwoli
– odparł Spock – Kiedy nadejdzie czas, żebym przejął kontrolę nad Flotą, upewnię ją w tym wyborze.
Eviva
Użytkownik
#47 - Wysłana: 11 Lis 2012 11:02:04
Część VII. Ofiarne jagnię

Doktor Carol Marcus została właśnie zmuszona do powiedzenia prawdy i spodziewała się, że bardzo tego pożałuje. Wewnątrz Bazy Gwiezdnej nr 47, znanej tez jako Awangarda, było ukryte ściśle tajne laboratorium zwane po prostu Piwnicą. Najostrzejsze środki bezpieczeństwa przedsięwzięto dla ochrony tajemnic Gwiezdnej Floty. Carol Marcus czuła się tam jak więzień. Ona i ponad dwa tuziny najlepszych naukowców Imperium Terrańskiego, żołnierzy i cywili, zostało tu odosobnionych kilka lat wcześniej, na tej wielkiej stacji setki lat świetlnych od Ziemi, w silnie strzeżonym sektorze. Członkowie jej zespołu byli najlepszymi ekspertami w swojej dziedzinie, ale wszyscy mieli tylko jedną misję: rozpracować sekrety rasy Shedai, która kiedyś władała wielką cywilizacją tego regionu.
Badania zaczęły się po otrzymaniu obcej sekwencji danych genetycznych, znanych jako Taurus Meta-Genom. Nieco później Gwiezdna Flota wykryła pulsacyjny sygnał, nazwany Falą Nośną Shedai i falę energetyczną nazwaną Schematem Jinoteurn. Wszystkie te zjawiska wiązały się ściśle z artefaktami znanymi jako Piorunochrony, a znalezionymi na tuzinach światów tego sektora. To była naprawdę wielka tajemnica, ale Carol Marcus była już nią zmęczona.
Wbrew rozkazom i radom kolegów, a także własnym osądom zdecydowała, że dość już tego. Za nic już nie mogła zmusić się, by kontynuować angażowanie swej wiedzy i wysiłków w służbie wywiadu Gwiezdnej Floty i służyć barbarzyńskim kaprysom oficera dowodzącego stacją. I tak właśnie powiedziała komodorowi. I to prawdopodobnie był jej błąd.
Wewnętrzne drzwi laboratorium otwarły się i komodor Diego „Red” Reyes wpadł do środka jak burza. Pięści i szczęki miał zaciśnięte, a na jego czole pulsowały napięte żyły. Kolekcja odznak i orderów na tunice jego munduru dzwoniła przy każdym kroku, przy boku kołysała się wysokoenergetyczna broń. Podszedł do Marcus i zwolnił.
- Wyobrażasz sobie, że kim do diabla jesteś?
Carol odwróciła głowę i spojrzała prosto w jego prawe oko – cybernetyczną soczewkę, oprawioną w polerowaną stal. Nim zdążyła odpowiedzieć, Reyes kontynuował przemowę:
- Myśli pani, że skoro jest pani szefem zespołu, wolno pani odrzucać moje rozkazy? Chociaż jest pani geniusze, doktor Marcus, to jeśli nie umie pani odróżnić pustego tytułu od rzeczywistej władzy, jest pani uczoną idiotką!
Reyes spojrzał w głąb pomieszczenia i zobaczył zespół naukowy, próbujący wymknąć się cichaczem.
- Wracać tu wszyscy – nakazał. Posłuchali natychmiast. Zwróciwszy się ponownie do doktor Marcus Reyes wycelował palcem w jej twarz.
- Jestem zajętym człowiekiem, pani doktor. Nie mogę trzymać pani zamkniętej pod strażą póki robota nie zostanie wykonana.
- Powodem, dla którego przestałam...
- Nie dbam o pani powody.
- Powinien pan –
powiedziała Marcus ostro, a jej spojrzenie zostało niewzruszone – Zmusza nas pan do igrania z ogniem, a nie mamy na to dość zabezpieczeń.
- To o to chodzi? –
Reyes spojrzał na nią z niedowierzaniem – Zamyka pani najważniejsze laboratorium Gwiezdnej Floty, ponieważ boi się pani?
- To coś więcej. Istota, którą pańscy ludzie schwytali na Mirdonyae V jest zbyt potężna, by pozostawać w tej eksperymentalnej komorze. Musimy pomyśleć, jak się tego pozbyć, zanim się wydostanie.

Reyes postąpił krok do przodu i pchnął Marcus na ścianę z przezroczystej stali, oddzielającą Piwnicę od komory eksperymentalnej. Za ścianą kłębiła się chmura ciemnego oparu i fluidów – więzień stacji, Shedai nazywajacy siebie Podróżnikiem.
- Pozbyć się tego? Zwariowała pani? To coś jest kluczem do przyszłości Imperium, a może nawet całej galaktyki. Możemy rozszyfrować każdy kawałek technologii Shedai na Taurus, możemy rzucić na kolana Klingonów i Tholian, a pani każe nam pozbyć się tego?
- Musimy
– odparła Carol – Im dłużej trzymamy tu tę istotę, tym większe ryzyko, ze ucieknie. A gdy tylko wydostanie się z komory, zabije nas wszystkich.
Uśmiech komodora był nikły i pozbawiony radości.
- Zatem proszę zrobić wszystko, by mieć cholerną pewność, że się nie wydostanie.
- Nie słucha pan. Prosi się pan o nieszczęście, trzymając to tutaj!
Reyes zacisnął dłoń na gardle Carol.
- Nie, doktorze, to pani prosi się o nieszczęście nie wypełniając moich rozkazów.

Zacisnął dłoń na tyle mocno, by utrudnić Marcus oddech, ale nie na tyle mocno, by go uniemożliwić.
- Widzę, że nie ogarnia pani wszystkiego, zatem pozwoli pani, że wyjaśnię. Jesteśmy między Klingonami, Tholianami i Romulanami. Nie mogę sobie pozwolić na luksus gierek czy przejmowania się strachem takich jajogłowych tchórzy jak wy. Cesarzowa dała mi trzy rzeczy, wysyłając na ten posterunek> jasno określoną misję. Nieprzekraczalny termin i całkowitą władzę na Taurus Reach. Problemem jest czas, pani doktor. Potrzebuje rezultatów już teraz, a pani mi je dostarczy.
Walcząc o powietrze Carol wykrztusiła przez ściśnięte gardło:
- Niczego nie dostarczę, gdy będę martwa. Pan też.
- Wiem
– przytaknął Reyes - .Muszę więc znaleźć inny argument, by panią zachęcić. I chyba wiem, co to będzie.
Puścił jej gardło, w zamian chwycił ją za laboratoryjny fartuch na piersi i szarpnął w kierunku pobliskiego terminala komputerowego. Uderzył w konsolę i otworzył kanał.
- Reyes do operacyjnego.
- Tu Cooper
– odpowiedział ciemnowłosy oficer, ukazując się na ekranie – Proszę mówić, sir.
- Proszę dać obraz z brygu na ekran, komandorze.
- Tak jest, sir.

Obraz na ekranie zafalował i ukazał komorę agonii w brygu stacji. W środku zamknięty był ośmioletni syn doktor Marcus, David. Chłopiec krzyczał, błagając, by go wypuszczono, przyciskał błagalnie dłonie do przezroczystej ściany urządzenia tortur. Carol poczuła, jak jej żołądek ściska lęk. Chciała odwrócić się do Reyesa i wykrzyczeć wszystkie klątwy, na jakie było ją stać, ale była jak sparaliżowana, jak wrośnięta w podłogę.
- To dlatego wróci pani do pracy – powiedział Reyes – Jedno moje słowo i pani syn doświadczy większego bólu niż ktokolwiek w historii.
Wycelowawszy palcem w twarz doktor Marcus, dodał:
- A jeszcze jedno słowo od pani, i umrze.
Eviva
Użytkownik
#48 - Wysłana: 16 Lis 2012 18:59:58
Część VIII. Waga obietnic

Carol Marcus wysunęła się z objęć muskularnych, brązowych ramion Clarka Terrela i legła na łóżku, dysząc ciężko.
- Dziękuję. – szepnęła, odzyskując powoli normalny oddech.
- Tak to robię. – odpowiedział, gładząc delikatnie jej jasne włosy.
- Musiałam wyrwać się choć na godzinę ze swego stanowiska. Cieszę się, że akurat twój statek przyleciał z zaopatrzeniem.
Terrel uśmiechnął się.
- No to jest nas dwoje.
Odsunął zasłonę swej koi i sprawdził zegar, wiszący na ścianie kwatery.
- Niedługo będziesz musiała iść. Obejmuję trzecią wachtę o północy.
- Pozwól mi tylko zostać jeszcze trochę
– szepnęła z miękką prośbą – Czuję się tu bezpieczna.
Pocałował ją w czubek głowy.
- Nie oszukuj się – powiedział – Nie ma bezpiecznego miejsca ani tu, ani nigdzie w Imperium.
- Wiem.
– westchnęła. Doceniała wysiłki Terrela, ale życzyła sobie, żeby nie burzył tej iluzji prywatności. Był ostrożny, dzielił ten rys charakteru z większością swych trzynastu kolegów z załogi ISS Saggitarius. Jego spokój nieraz pomagał Carol nie gorzej niż inne jego umiejętności.
- Czy kiedykolwiek się uwolnię? – wyszeptała mu do ucha. Przygarnął ją do siebie.
- Wolność to za wiele.
- Po prostu nie umiem zrozumieć, czemu cesarzowa dała tyle władzy takiemu socjopacie. Wykorzystuje sytuację. Gdy tylko będzie miał dość siły, obróci ją przeciwko władczyni.

Terrel wzruszył jednym ramieniem.
- Oczywiście.
- Czemu więc dawać mu tę szansę?
- Bo teraz ona go potrzebuje. Setki lat świetlnych od domu, przy bardzo małym albo zgoła żadnym zapleczu, tylko ktoś taki jak Reyes może się przeciwstawić Tholianom i Klingonom w tym samym czasie. Nie cierpię go tak samo jak ty, ale nawet ty musisz przyznać, że nadaje się jak nikt do takiej misji.
- Jest potworem.
- Możliwe. Ale jest potworem cesarzowej Sato i tak długo, póki nie zatopi w niej kłów, ona pozwoli mu robić, co chce.

Straciwszy do reszty poczucie komfortu i bezpieczeństwa Marcus odrzuciła prześcieradło i odsunęła zasłonę koi.
- To co chce robić, Clark, to zagrażać memu synowi.
Łzy gniewu trysnęły z jej oczu gdy znowu spojrzała na Terrela.
- Tak długo jak długo Reyes trzyma Davida jako zakładnika, nie mogę ryzykować oporu.
- Jeśli mogę wyrazić swoje zdanie, nie powinnaś tego próbować i za pierwszym razem –
uniósłszy rękę, by powstrzymać wybuch gniewu Carol – Miałem na myśli to, że nie powinnaś odsłaniać kart tak wcześnie. Jeśli chcesz walczyć z kimś takim jak Reyes, musisz to robić z pozycji siły. Najpierw znajdź swoją przewagę, a potem dopiero działaj.
- Teraz już za późno
– powiedziała Marcus, wciągając koszulę. Biorąc spodnie ze stołu, dodała – Widziałeś tego zielonego gościa, który paraduje z Reyesem po stacji? O co tu chodzi?
Wzniósłszy oczy Terrel odparł:
- To Ganz. Coś w rodzaju szefa syndykatu zbrodni z oriońskiej kolonii.
Przygładził wijące się czarne włosy.
- Ciekaw jestem, jak dużo czasu zajmie, zanim ktoś taki jak on zacznie dyktować tu warunki.
- Dlaczego? Co masz na myśli?

Patrzył, jak Marcus kończy się ubierać, a potem dodał:
- Wiele misji, w które Reyes nas teraz posyła, polega na szukaniu nowych szlaków, bezpiecznych dla statków. Fenomeny, mogące zakłócić działanie czujników i tym podobne sprawy. Gdy już odkryjemy bezpieczny szlak, zazwyczaj spotykamy później na nim oriońskich przemystników. A załoga Endavoure mówiła, że wręcz mają rozkaz, by ostrzegać Orionów, gdy znajda się za blisko klingońskiej granicy.
Marcus z trudem mogła uwierzyć w to, co usłyszała.
- Reyes jest związany z oriońskimi piratami? Ten sukinsyn nie tylko rośnie w siłę, ale i napełnia kieszenie.
Wczepiła palce we włosy.
- Jeśli zbierze dość pieniędzy i zwerbuje dość oriońskich piratów, będzie mógł obsadzić stację własnym personelem.
- Myślę, że o to właśnie chodzi.-
przytaknął chmurnie Teller. Marcus wstała i zaczęła krążyć po kwaterze.
- Tak daleko od Imperium, z taka siłą, nie wiadomo do czego będzie zdolny.
Uklękła przy koi Terrela.
- Obiecaj mi coś.
- Jeśli będę mógł.
- Obiecaj, że jeśli Reyes okaże się renegatem, zabierzesz stąd mego syna, nieważne, co stanie się ze mną.

- Nie mogę ci tego obiecać, Carol. – Terrel potrząsnął bezsilnie głową.
- Proszę, Clark. Tylko tobie mogę zaufać. Powiedz przynajmniej, że spróbujesz.
Usiadł na brzegu łóżka i ujął ją za ręce.
- Miejmy po prostu nadzieję, że do tego nie dojdzie, zgoda?
Marcus nie dała się zbić z tropu.
- Więc nawet nie spróbujesz pomóc memu synowi?
Terrell westchnął.
- Przykro mi. Reyes jest zbyt silny. A im więcej władzy zdobywa, tym bardziej admiralicja go popiera – uścisnął lekko jej ręce – To nie to, ze nie chcę pomóc twemu chłopcu: chcę. Po prostu nie wiem, jak wiele będę mógł zrobić przeciw komuś takiemu jak Reyes. Jeśli zdecyduje się na secesję, będę szczęśliwy, jeśli ocalę własną skórę.
Uwolniła ręce z jego dłoni.
- Rozumiem.
Wstał z łóżka, gdy szła do drzwi, które cicho otworzyły się przed nią.
- Przysięgam, że zrobię, co będę mógł – powiedział – Po prostu nie mogę powiedzieć, ile tego będzie.
Stanąwszy w otwartych drzwiach Carol obejrzała się na nagiego kochanka, który miał ciało boksera i umysł naukowca.
- Każdy z nas może powiedzieć coś takiego. – rzekła, żałując niemożliwej sytuacji, w której go postawiła. Wyszła na korytarz i dodała, zanim drzwi się zamknęły:
- Dziękuję, Clark.
Eviva
Użytkownik
#49 - Wysłana: 9 Gru 2012 11:06:12 - Edytowany przez: Eviva
2270
Część IX: Otwarty atak


- Witaj w domu, Enterprise. Czekaj na ostateczne wytyczne.

Admirał Spock obserwował superstrukturę doku orbitalnego San Francisco, rosnącego na głównym ekranie. Oficer kontrolujący dokowanie podawał namiary dla starszego sternika Enterprise, porucznika DePaul. Siedzący obok niego młodszy sternik, nawigator Kevin Riley, dzielił swą uwagę między przygotowania statku do dokowania a błękitną orbitę Ziemi, rosnącą na głównym ekranie.
Pozostający dłużej niż 25 lat w służbie statek wchodził do doku remontowego na remont kapitalny. Odpowiedzialny za techniczne wyposażenie statku komandor Scott planował jego całkowita przebudowę, a zwłaszcza jego silników impulsowych i napędu warp – a na dodatek wypełniał swe obowiązki jako pierwszy oficer statku. Ostatnie kilka tygodni spędził, planując nowe wyposażenie statku. Niejeden raz Spock musiał przywoływać do porządku swego pierwszego oficera, lamentującego nad „końcem pewnej epoki”. Spock rozumiał, że ludzie przywiązują się emocjonalnie do przedmiotów, a ten statek miał w nich pierwsze miejsce. Mimo to uważał zachowanie pana Scotta za co najmniej dziwne. Nie podzielał też nostalgii swych ludzkich załogantów z powodu powrotu na Ziemie. Chociaż Spock był w połowie człowiekiem, nie czuł związku z ojczyzna swej matki. Odkąd pamiętał, zawsze identyfikował się z kulturą Vulcana i ludem swego ojca, chociaż nieraz był przez nich szorstko odtrącany. Mimo to, z szacunku dla uczuć Marleny, ofiarował się towarzyszyć jej, gdyby chciała odwiedzić swych rodziców we Francji. Był trochę zaskoczony, gdy odpowiedziała:
- Nie ma powodu tam lecieć. Gdy statek znajdzie się w doku remontowym, możemy udać się na Vulcan.
Zgodnie z jej życzeniem zamówił więc dla nich miejsce na pokładzie ISS Merrimac, który czekał na nich na ziemskiej orbicie. Gdy tylko się na nim znajdą, statek odleci na Vulcan.
Męski głos poinformował przez interkom:
- Enterprise, kontrola orbitalna przejmuje stery celem ostatecznego dokowania.
Spock skinął na Scotta, który powiedział do DePaula:
- Potwierdzam przekazanie steru, poruczniku. Proszę kontynuować.
- Tak jest, sir.

DePaul wprowadził odpowiedni kod i otworzył komunikator:
- Kontrola doku, tu Enterprise. Przejmiecie ster na moja komendę. Trzy... dwa... jeden... teraz.
Po pokładzie przebiegło słabe drżenie. Potem DePaul okręcił się na swym fotelu i spojrzał na Spocka i Scotta
- Ster przekazany, panowie.
- Dobra robota. –
powiedział Scott.
Na głównym ekranie widzieli, jak wielka gardziel doku zdaje się połykać ich statek. Automatycznie mocowane zaciski unieruchomiły statek. Porucznik Elizabeth Palmer odwróciła się od konsoli łączności.
- Admirale, wywołuje nas Wielki Admirał Decker. Chce z panem mówić.
Spock rzucił krótkie spojrzenie na dziewczynę.
- Proszę przełączyć na ekran, poruczniku.
Palmer wykonała rozkaz. Na głównym ekranie ukazał się powiększony obraz oficera, który zajął miejsce Gartha jako głównodowodzący Gwiezdnej Floty.
= Admirale Spock, witamy w domu. – powiedział.
- Dziękuję, sir – odparł Spock, decydując się nie wyjaśniać temu oficerowi, że nie jest to jego dom. Decker popatrzył na pozostałych oficerów.
- Komandorze Scott, chcę panu podziękować za przygotowanie planu przebudowy Enterprise. Wiele z pana sugestii przyda się do unowcześnienia innych statków klasy Constitution.
- Miło mi to słyszeć, Admirale. Pragnę nadzorować przeróbki i doprowadzić je do końca.
- Ach tak. Przykro mi, komandorze Chyba jeszcze pan tego nie słyszał, ale mój syn, komandor Will Decker, będzie nadzorował te prace, jako nowy dowódca statku.

Uśmiech Scotta zgasł, ale udało mu się zamaskować rozczarowanie neutralna miną.
- Tak jest, sir. Jestem pewny, że się doskonale spisze.
- Ja też, myślę jednak, że na pewno doceni pana pomoc, panie Scott.

Oświadczenie Deckera nie miało rozkazującego tonu, Spock jednak nie miał wątpliwości, że Scott odebrał to jako rozkaz.
- Tak jest, sir – powiedział – To będzie dla mnie zaszczyt.
- Doskonale. Komandor Decker i ja wejdziemy na pokład o godzinie 14. Admirale Spock, ufam, że mój syn zostanie powitany z wszelkimi należnymi mu honorami.
- Naturalnie
– odparł Spock – Dowództwo zostanie przekazane według wszelkich reguł.
- Bardzo dobrze. Trzymajcie się, panowie. Bez odbioru.

Ekran zgasł, a potem miejsce twarzy oficera zajął ponownie obraz Enterprise w metalowych klamrach. Scott odwrócił się do Spocka. Jego twarz ściągał wyraz desperacji.
- Uwierzy pan? Admirał Decker właśnie wysyła swego syna, by nadzorował moja przebudowę! Nie może pan czegoś z tym zrobić?
- Nie, panie Scott
– Spock podniósł się ze swego fotela – Nie mogę sprzeciwić się rozkazowi Wielkiego Admirała.
Ruszając do turbowindy dodał:
- Proszę zorganizować gwardię honorowa dla powiiania komandora Deckera na głównym pokładzie hangarowym o godzinie 14 i poczyńcie niezbędne przygotowania do przekazania dowodzenia.
- Tak jest, sir.
– odpowiedział Scott, gdy Wolkanin wszedł do windy.
- Do tego czasu przejmuje pan mostek – dokończył Spock, nim zamknęły się drzwi, a potem dodał do mikrofonu kontroli dźwigu – Pokład trzeci.
Winda ruszyła. Chociaż zachowanie Spocka było stoickie jak zawsze, jego umysł znajdował się w stanie wzburzenia. Wielki Admirał przydzielił swego syna do nadzorowania przebudowy, a to oznaczało, ze prawdopodobnie chce, by na stałe przejął on dowodzenie statkiem, gdy prace przy nim dobiegną końca. To oznaczało, że gdy William Decker raz przejmie dowodzenie, nie odda go. Niczego nie będzie można ruszyć ani zmienić na statku bez jego wiedzy.
- Jeśli pole Tantala tu będzie, gdy Decker przejmie dowodzenie, nie ukryję go przed nim. – pomyślał.
Turbowinda stanęła, drzwi się otwarły i Spock wyszedł. Idąc do kwatery spojrzał na ścienny zegar. Do przybycia Deckera została godzina i jedenaście minut. Spock miał dokładnie tyle czasu, by wydostać pole Tantala z Enterprise.
Elaan
Użytkownik
#50 - Wysłana: 9 Gru 2012 18:12:01
Eviva:
Do przybycia Deckera została godzina i jedenaście minut. Spock miał dokładnie tyle czasu, by wydostać pole Tantala z Enterprise.

Dla Spocka to kwestia być, albo nie być... żywym.
Swoją drogą, ciekawe, czy zamierzał zdemontować urządzenie na czas remontu, czy tylko jakoś je ukryć przed ekipą Scotta?
Eviva
Użytkownik
#51 - Wysłana: 10 Gru 2012 17:54:42
Elaan

Spock umie sobie radzić... do czasu.
Elaan
Użytkownik
#52 - Wysłana: 11 Gru 2012 20:25:56 - Edytowany przez: Elaan
Eviva:
Spock umie sobie radzić... do czasu.

O tym czasie, na razie, wolę nie pamiętać. Lżej się wtedy czyta.
Eviva
Użytkownik
#53 - Wysłana: 11 Gru 2012 21:23:38
Elaan

Właśnie. Co ja o tym pomyślę, to mi się tłumaczyć całkiem odechciewa.
Elaan
Użytkownik
#54 - Wysłana: 11 Gru 2012 22:50:27
Eviva

Ja też utknęłam w sprawie Leandera Cortesa i jego gromadki i ani rusz.
Eviva
Użytkownik
#55 - Wysłana: 15 Gru 2012 21:02:07
Część X.
Żelazna Pięść w Jedwabnej Rękawiczce


Marlena szła godnie przez jeden z pokładów hangarowych Enterprise. Prawą ręką prowadziła za pomocą urządzenia antygrawitacyjnego jakiś kształt podobny do torpedy. Była to najważniejsza część cennego ładunku: generatora pola Tantala. Zwykle pełen zapracowanego personelu hangar był teraz prawie pusty. Większość załogi w galowych mundurach była w głównym hangarze, gdzie miała witać Wielkiego Admirała i jego syna i być świadkami przekazania dowodzenia. Nieobecność Marleny na pewno zauważano, ale nie można było nic na to poradzić. Nikt inny nie mógłby bezpiecznie wynieść niebezpiecznego urządzenia ze statku.
Kiedy Marlena zbliżyła się do promu Clausewitz, oficer pilnujący pojazdu wyszedł na jej spotkanie i uniósł dłoń.
- Proszę się zatrzymać – powiedział.
- Zejdź mi z drogi, Gibbs – zażądała Marlena, nie tracąc rezonu i skinęła na szefa załadunku – Ty: chodź tu i pomóż mi.
Gibbs zrobił kilka kroków, zastępując Marlenie drogę i dotknął ładunku.
- Nie może pani wnieść tego na pokład, póki nie zostanie sprawdzone.
- W razie, gdyby pan nie wiedział, poruczniku, mam wyższy stopień niż pan. I rozkazuje panu zabrać ręce z własności admirała Spocka.
- Nie mogę, proszę pani. Mam rozkaz przejrzeć wszystko to, co zostaje wniesione i wyniesione.

Marlena podeszła bliżej.
- Czyje to rozkazy? – spytała
- Komandora Deckera.
- A moje pochodzą od admirała Spocka i wyraził się on bardzo jasno: ten kontener nie może zostać otwarty ani zatrzymany.

Próbowała przejść, ale Gibbs zatrzymał ją:
- Być może, proszę pani, ale to komandor Decker teraz tu dowodzi.
- Naprawdę?
– Marlena podeszła trochę bliżej do młodszego oficera, wyjmując komunikator zza paska. Otworzyła go i nastawiła kanał ogólny, na którym transmitowano uroczystość dla tych członków załogi, którzy nie mogli opuścić swych stanowisk. Głos Spocka mówił beznamiętnie z głośnika:
- ..,enie statkiem gwiezdnym jest zaszczytem i przywilejem, dostępnym dla bardzo niewielu, nawet w tak wielkiej flocie jak nasza. Żeby być tego wartym, trzeba mieć wrodzone zdolności połączone z wysokim wyszkoleniem....
Marlena wyłączyła głośnik i spojrzała ostro na porucznika.
- Wygląda na to, że admirał Spock nie skończył jeszcze wstępnej przemowy – powiedziała – A to znaczy, że ceremonia jeszcze się nie odbyła.
Schowała ponownie komunikator za pas.
- Spock ciągle dowodzi, a to znaczy, że obowiązują jego rozkazy, zaś rozkazy komandora Deckera nie mają znaczenia.
Gibbs wahał się, zaś szef załadunku cofnął się i czekał na rozwój sytuacji. Potem Gibbs zesztywniał.
- Być może tak jest, ma’am, ale....
Zamarł, gdy Marlena przytknęła znienacka ostrze swego sztyletu do jego szyi.
- Proszę ostrożnie dobierać słowa, panie Gibbs – powiedziała – Jeśli spróbuje pan otworzyć tę skrzynię, skończy pan w niej.
Przesunęła ostrzem sztyletu po jego gardle, tunice i w dół pasa.
- Albo... jakaś część pana.
Gibbs przełknął, a potem spojrzał przez ramię.
- Panie Maas, proszę załadować kontener kapitana Spocka do promu.
- Natychmiast.
- Tak jest, sir.
– odpowiedział szef załadunku, uwolnił Marlenę od jej ciężarów i pospieszył z nimi do promu. Marlena odwróciła się od porucznika.
- Mądry wybór.
Kiedy była już kilka metrów od niego, przyspieszyła kroku. Zatrzymała się tylko po to, by sprawdzić, czy ładunek został prawidłowo rozmieszczony w ładowni pod brzuchem promu. Potem weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.
- Startuj natychmiast. – powiedziała do pilota. Spojrzał na nią z zaskoczeniem.
- Nie powinniśmy poczekać na admirała Spocka?
- Nie. On prześle się na Merrimac od razu po zakończeniu ceremonii.

Usiadła na fotelu dowódcy misji obok pilota.
- Mamy napięty grafik. Lecimy.
- Tak jest.
- powiedział pilot. Zasygnalizował oficerowi z kontroli lotów, że potrzebuje czystej drogi. Mniej niż minutę później prom wystartował, opuszczając Enterprise i zataczając łuk ponad błękitną orbitą Ziemi w kierunku ISS Merrimac.
- Miejmy nadzieję, że to była ta trudniejsza część. – pomyślała Marlena, walcząc ze sobą, by utrzymać równy i spokojny oddech. Nie spodziewała się jakichś dodatkowych kłopotów na Merrimac. W najgorszym razie ładunek zostanie rutynowo przeskanowany, ale wewnętrzne osłony dobrze chroniły ładunek.
Chociaż szanowała życzenia Spocka, możliwości obronne pola Tantala upajały ją. Wzdychała do dnia, w którym ona i Spock przestaną już ukrywać przed galaktyką swoją siłę – i zaczną jej właściwie używać.
Eviva
Użytkownik
#56 - Wysłana: 17 Sty 2013 18:37:08
Część XI. Kształtowanie przyszłości

Dom Sareka i Amandy, położony w mieście ShiKahr był pełen dygnitarzy z najwyższych kręgów wolkańskiej elity i Spocka zaczynała już męczyć rutyna przedstawiania, gdy wreszcie Sarek wprowadził najważniejszego z gości, gubernatora Tomoka.
- Gubernatorze Tomok – powiedział – Proszę pozwolić, że przedstawię panu mojego syna, admirała Spocka.
Przewodniczący wolkańskiego rządu uniósł rękę, rozstawiając palce w tradycyjnym salucie.
- Pozdrowienia, Admirale.
Spock odpowiedział tym samym gestem.
- To dla mnie zaszczyt, gubernatorze – powiedział i wskazał ruchem głowy na swą towarzyszkę – To jest Marlena Moreau z Ziemi, ta która jest moją żoną.
Tomok skłonił lekko głowę przed Marleną, ale nic nie powiedział. Marlena odpowiedziała na jego gest również w milczeniu. Stojąca u boku Sareka Amanda subtelnie wyraziła swą aprobatę lekkim potakującym gestem.
- Słyszałem wiele o pana służbie w Gwiezdnej Flocie – powiedział Tomok do Spocka – Mam nadzieję, że od pana usłyszę jeszcze więcej, jeśli pana rozkład zajęć na to pozwoli. Jak długo pan i pana żona pozostaniecie na Vulcanie?
- Nie jest to określone – odpowiedział Spock – Enterprise jest w przebudowie, która ma potrwać rok.
- Czyźby Gwiezdna Flota nie miała dla pana innego przydziału?
- Nie pragnę nic innego ponad dowodzeniem Enterprise.
- Ciekawe preferencje. Myślałem, że admirał Gwiezdnej Floty ma wyższe aspiracje, na przykład do sztabu głównego Gwiezdnej Floty.
Spock nie pozwolił na to, by jego twarz zdradziła irytację tymi insynuacjami.
- Z moich doświadczeń wynika, że przydział w dowództwie ma podłoże polityczne, nie celowe. A ponieważ ja nie chcę angażować się w politykę, wolałbym dowodzić grupą bojową.
Gubernator uniósł brwi, tak jakby dopiero teraz zrozumiał stanowisko Spocka.
- Rozumiem – rzekł – Zatem chce pan dowodzić więcej niż jednym statkiem, gdy wróci pan do służby.
Taki jest plan na chwilę obecną.
- A co z nowiną, że syn Wielkiego Admirała Deckera zastąpił pana jako kapitan Enterprise? – spytał Tomok. Amanda odpowiedziała szybko:
To przedwczesne meldunki. Gdy Enterprise będzie gotów powrócić do służby, to mój syn będzie nim dowodził.
Tomok zwrócił twarz ku Amandzie.
- Wygląda na to, że mówiłem zbyt bezpośrednio. Proszę przyjąć moje przeprosiny – Amanda skinęła głową w odpowiedzi a gubernator ciągnął dalej, zwracając się do Spocka – Jeśli pan wybaczy, admirale, mam sprawy rządowe, którymi muszę się zająć.
- Oczywiście – odparł Spock – Dobranoc, gubernatorze.
- Dobranoc.
Uwolniony od obowiązków grzecznościowych Tomok wmieszał się w tłum VIPów, zostawiajac Spocka, Sareka i ich żony przy oknie, za którym rozpościerał się widok na główne miasto Vulcana, skrzące się jak klejnot pośrodku ciemnego aksamitu nocy. Sarek odezwał się łagodnie:
- Moja żono, czy musiałaś wprawiać gubernatora w zakłopotanie?
Niespeszona delikatną naganą w głosie Sareka Amanda odparła:
- Ani on ani nikt inny nie będzie mówił, że jakaś gnida w rodzaju Williama Deckera uzurpuje sobie dowództwo na statku mego syna. Zapewniam ci, że gdy Enterprise będzie gotowy, przejdzie pod twoją komendę. – dodała z determinacją, zwracając się do Spocka.
- To miło z twojej strony – odpowiedział.
Dźwięk dzwonków odwrócił uwagę gości od rodziny Sareka. Stojący na z lekka wznoszącej się podłodze na środku wielkiej sali profesor Sebok, głowa Wolkańskiej Akademii Nauk, uniósł swą szklankę.
- Proszę wszystkich, by przyłączyli się do mnie w powitaniu w domu jednego z najbardziej odznaczonych synów naszej planety. Dwadzieścia jeden lat temu odmówił wstąpienia do naszej Akademii, wybierając zamiast tego służbę w Gwiezdnej Flocie. Wtedy bardzo go krytykowano. Jednak teraz, gdy tak daleko zaszedł, widzimy wszyscy, że jego decyzja była całkiem... logiczna.
Podniósł szklankę wiżej.
- Za Spocka!
- Za Spocka! – powtórzyli zgromadzeni i wypili.
Nim Sebok miał czas, by zniknąć w tłumie, Amanda przeszła przez salę, by podziękować mu osobiście. Sarek dołączył do niej kilka chwil później.
Marlena przysunęła się bliżej i powiedziała cicho:
- Wiem, że twój ojciec jest słynnym dyplomatą... czemu więc twoja matka zdaje się nim tak powodować?
- Moja matka pochodzi z potężnej i silnej ziemskiej rodziny – odparł Spock – Mają ścisłe powiązania z dynastią Sato. Zajmują się dostawami broni i techniki obronnej dla Imperium Terrańskiego.
- Czemu więc, skoro twoja matka ma takie powiązania, Sarek nie jest dziś gubernatorem Vulcana? – spytała Marlena, obserwując rodziców swego męża. Spock uniósł jedną brew.
- Mój ojciec starał się o ten urząd – powiedział – Było to jednak przed wzmocnieniem mojej pozycji. Mój sukces przyszedł niestety za późno, by pomóc memu ojcu.
- To nie fair. I pewnie cię irytuje. – powiedziała Marlena.
- Taka jest natura ludzkiej polityki.
Marlena przytaknęła i napiła się.
Sarek powrócił, lawirując przez tłum z rękami założonymi za plecy. Dał znak głowa, by Spock odszedł wraz z nim w bok. Skręciwszy za róg spytał ściszonym głosem
- Mój synu, czy masz na jutro dużo w planach?
- O ile wiem, nic.
- To dobrze. Proszę, zarezerwuj czas na krótka podróż za miasto o świcie.
- Mogę spytać, dokąd i w jakim celu?
- Mount Seleya. Ktoś stamtąd chciałby się z tobą spotkać.
Elaan
Użytkownik
#57 - Wysłana: 19 Sty 2013 08:30:53 - Edytowany przez: Elaan
Eviva:
- Ani on ani nikt inny nie będzie mówił, że jakaś gnida w rodzaju Williama Deckera uzurpuje sobie dowództwo na statku mego syna.

Z kobietą nie ma żartów – w miłości, czy w gniewie
Co myśli, nikt nie zgadnie; co zrobi, nikt nie wie.



Eviva:
- Wiem, że twój ojciec jest słynnym dyplomatą... czemu więc twoja matka zdaje się nim tak powodować?

Żona, która nie potrafi wpływać na swojego męża, jest gąską, żona, która nie chce nań wpływać – świętą.
Eviva
Użytkownik
#58 - Wysłana: 19 Sty 2013 09:45:23
Elaan

Amanda to zawsze silna osobowość. Prawdziwa baba z jajami
Elaan
Użytkownik
#59 - Wysłana: 19 Sty 2013 11:22:33
Eviva

Toteż i w nie-mirrorowym świecie nieźle dawała sobie radę z powodowaniem swoimi mężczyznami.
 Strona:  ««  1  2 
USS Phoenix forum / Star Trek / Mirror-Universe "Sorrows of Empire" - przekład

 
Wygenerowane przez miniBB®


© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!